pożegnanie z Guru - duchowa trylogia Jeda McKenna

http://stryjski.net/duchowa-trylogia-Jeda-McKenna/

Jed McKenna

Kim jest Jed McKenna?

Najkrócej można powiedzieć, że autorem trzech książek Spiritual Enlightenment: The Damnedest Thing, Spiritually Incorrect Enlightenment i Spiritual Warfare - przynajmniej właśnie takie nazwisko widnieje na ich okładkach.

Wszystkie książki pisane są w pierwszej osobie, a narratorem jest oświecony mistrz. W pierwszej części Jed jest “guru” mieszkającym w mini komunie stworzonej na jego rancho w Iowa. Trudno jednak powiedzieć, żeby był osobą prowadzącą ten “ośrodek”. Wszystkim zajmuje się Sonaya, dawna adeptka ruchu Hare Krishna. To ona decyduje kto może tam mieszkać, kto wykona jaką pracę, jak i kiedy wybudować kolejne budynki, komu Jed ma udzielić wywiadu, a z kim wyjechać w krótką podróż i w końcu co będzie dziś na kolację.
Jed natomiast jest… no po prostu jest. Ogląda TV, gra w gry komputerowe, jeździ na rowerze, skacze ze spadochronu, a co najważniejsze prowadzi dyskusje na temat oświecenia ze swoimi uczniami. Najchętniej z dwudziestoletnimi adeptkami w momencie, gdy one szorują mu podłogę i wdzięcznie wypinają pupę.
Najczystsza satyra z różnego rodzaju ośrodków, komun duchowych itp. Jako, że sam spędziłem ładnych parę lat swojej młodości w takich przybytkach Osho, ten aspekt książek Jed’a naprawdę mnie ubawił.

Czytając pierwsza część łatwo uwierzyć, że rzeczywiście Jed jest jakimś znudzonym guru, mającym już dość grania oświeconego palanta, sterowanego przez swoich uczniów i Sonayę.
W kolejnych tomach Jed nie kwestionuje wprost tej historii. Widzimy go jednak w innych okolicznościach. Udało mu się już “wyrwać” ze “swojej” komuny. Podróżuje po Stanach i Meksyku. Wspomina, że odwiedził niedawno Europę i Maroko. Wygląda na to, że sukces pierwszej książki dał mu więcej wolności. :-)
Dość przekonujące, a jednak nie wierzę w istnienie kogokolwiek takiego jak Jed McKenna.

Na pewno autor kryjący się za tym pseudonimem odwiedził wiele ośrodków medytacyjnych. Na pewno zna dokładnie subtelne mechanizmy działające w przeróżnych grupach rozwoju duchowego, kościołach itp. Osoby opisywane przez Jeda z pewnością mają jakieś swoje realne pierwowzory.
Muszą, skoro wydają się tak znajome. Jed tak trafnie rozpoznaje pewne powszechne role, czy zachowania, że mogę wręcz wskazać odpowiedniki wśród swoich znajomych. Jego książki to krzywe, a może właśnie prawdziwe, zwierciadło całego ruchu “poszukiwań duchowych”.

Oczywiście z tego, że postacie przewijające się przez jego książki to raczej archetypy niż konkretne osoby, nie wynika wcale, że i jego postać jest jedynie zgrabną syntezą roli odgrywanej przez przeróżnych guru.

Fakty

Starałem się znaleźć w Internecie więcej informacji o Jed’zie. Jedyne co znalazłem, to inne osoby starające się zrobić to samo. Nikomu nie udało się znaleźć śladów po książkowym Jedzie McKenna. Jedyne co ustalili, to to, że w miejscach, które opisuje Jed nikt taki (nawet o innym imieniu) nie działał.

Wisefool Press jest małym wydawnictwem powołanym jedynie do wydania tych trzech książek. Ktoś zwrócił uwagę, że działania marketingowe wskazują, że sam autor zajmuje się najprawdopodobniej wszystkim. Może to potwierdzać historia z drugiej części, gdzie Jed opisuje, jak zrezygnował z działań firmy marketingowej specjalizującej się w promowaniu książek o rozwoju duchowym.
Ze swojej strony powiem, że także skład, zwłaszcza pierwszej części, choć w miarę poprawny, wskazuje, że robił to amator. (Sam zajmowałem się kiedyś DTP zawodowo, więc wydaje mi się, że moja ocena jest miarodajna.)

Oczywiście to, że autor wydaje książki sam, albo, że zmienił jakieś szczegóły w opisywanych historiach, aby zachować swoją prywatność, nie znaczy wcale, że jest postacią fikcyjną. Jednak w miarę czytania drugiej, a zwłaszcza trzeciej części zacząłem rozumieć, że Jed McKenna nie może istnieć. Jego istnienie byłoby zaprzeczeniem przesłania jego książek.

Guru - super środek nasenny W trzeciej części Jed wspomina inną oświeconą osobę, Brett. W chwili pisania książki Brett już nie żyje. Poznajemy ją jedynie dzięki wspomnieniom Jeda.
Tak jak on w pierwszej części, mieszkała na własnej farmie. Nie prowadziła jednak komuny, a jedynie organizowała spotkania z osobami zainteresowanymi oświeceniem. Nie użyję słowa satsangi bo ona pewnie by powiedziała: “a widziałeś kiedyś takie pieprzone satsangi jak ten!”
Tak Brett to definitywnie inna mistrzyni niż Jed. To nie guru siedzący sobie cicho w kątku i patrzący, jak jego boskość sama rośnie. To nie Przebudzony samotnie przemierzający planetę zwaną ziemią. Brett jest prostą dziewczyną z amerykańskiej prowincji. Wie co to trudne dzieciństwo, wie co to praca i wie co to walka z zdiagnozowanym jako nieuleczalny rakiem. Brett nie bawi się w jakieś hokus pokus, czy sektę. Brett chce jedynie zdrowo kopnąć cię w dupę, byś i ty się obudził i dorósł.

Ale to właśnie na przykładzie Brett Jed pokazuje całkowitą porażkę wszelkich przewodników duchowych, mistrzów i guru.
Brett nie gra tych ról. Nie wykorzystuje swoich uczniów. Nie zabiega o “klientów”. Wszystko co robi, ma tylko jeden cel: obudzić ludzi którzy do niej przyszli. Wszystko co robi, ma tylko jeden skutek: pozwala im lepiej spać.

Nie ma w tym jej winy. Ona była szczera w tym co robiła. Wierzyła w intencje ludzi, którzy do niej przyszli. A jednak dała się wykorzystać Mai - ułudzie która rządzi światem. Przy całym swoim buncie i nie akceptowaniu konwenansów przemysłu New Age, jedyne grała swoją rolę.
Pozwoliła innym uwierzyć, że podążają drogą rozwoju duchowego. Samym swym istnieniem i samym faktem, że organizowała spotkania pozwalała im myśleć, że są inni niż całe społeczeństwo, że są inni niż cały ten śmieszny New Age. Gdyby byli sannyasinami Osho pewnie powiedzieliby o sobie, że są prawdziwymi duchowymi terrorystami. Z pewnością są przekonani, że to właśnie oni dążą prawdziwą ścieżką do prawdy, gotowi na wszystko.
Cóż, za piękny sen pozwalający spokojnie zamknąć oczy i dziarsko dreptać w miejscu, lub zaszyć się w swojej niszy jak to określa Jed.

Oczywiście Jed nie odkrywa czegoś nowego. Guru, przewodnicy duchowi, czy kapłani odgrywają jedynie rolę. Nawet nie to. To my rzutujemy na nich rolę super-rodziców. Przez sam fakt, że są obok nas, wszystkie potwory uciekają. Jesteśmy w stanie spokojnie zasnąć. Dają nam pewność, że ktoś mądrzejszy, bardziej doświadczony czuwa nad nami.
Tak jak prawdziwym rodzicom jesteśmy im w stanie wiele wybaczyć. Nawet to, że czasami budzą nas i starając się podać coś ohydnego co nazywają lekarstwem. Ale my i tak ich kochamy. Zaraz zajmą się czymś innym, a my będziemy mogli spokojnie podreptać do ich łóżka, przytulić się i zasnąć.

Czy Jed jest oświecony?

Och, to oczywiście nie ulega wątpliwości. Sam przecież mówi o tym w pierwszej części tak często. Może za często?
Czy jak ktoś ciągle coś powtarza to nie znaczy to, że chce ukryć coś dokładnie przeciwnego?

Jed ciągle powtarza nam “idź dalej… idź dalej”, ale sam o sobie mówi, że już dotarł, jest “skończony” [Done]. Czy sam sobie przeczy w ten sposób? Czy zasiadł na laurach? Czy i jego Maja złapała w pułapkę, gdzie śpi sobie spokojnie jako super-przebudzony? Może zaszedł o krok dalej niż ta cała armia prawdziwych i fałszywych guru, ale czy aby i on nie zasnął?

W trzeciej części opisuje siebie nieco inaczej. Mówi, że większość ludzi to dzieci i nastolatki tkwiące jeszcze w świecie sennych marzeń i mitów. 12-latki z 30-sto, 40-sto letnim stażem. Jest mała grupa ludzi, którzy weszli w swoją dorosłość. Jed określa siebie jako człowieka w średnim wieku. Sugeruje to, że jest przed nim jeszcze miejsce na “rozwój” - starość. Podkreśla jednak, że jest nie tylko przebudzony we śnie - czyli dorosłym - tzn. zobaczył, że nie ma żadnych łańcuchów np. społecznych. Mówi także, że przebudził się z samego snu. Zna prawdę, jest oświecony. Całkowicie wyzwolił się z pęt Ułudy.

Proces

Może więc Jed jest jedynie inteligentnym autorem, który widząc, że wszelkiej maści poszukiwania duchowe, New Age itp. to jedna wielka hucpa, postanawia też na tym zarabiać? Przestrzega nas przed wszystkimi guru. Pokazuje, że wszyscy oni nas oszukują. Nawet stara się zrozumieć ich motywy. Oni wcale tego nie chcą, muszą to jednak robić by osiągnąć swój podstawowy cel - oszukać samych siebie.
Czy nie przypomina w tym jednak księdza z parafii ostrzegającego młodzież przed sektami? A może pokazując nam mankamenty “konkurencji”, chce umocnić swoja pozycję na “rynku”?

Można by tak pomyśleć, gdyby nie proces, który oferuje, a który ma pozwolić wyrwać się ze snu.
Nie są to jakieś tańce, pląsy, czy transy. Nie jest to uważność, ćwiczenia oddechowe, czy medytacje. Donikąd nie doprowadzą nas też diety, dobre uczynki, czy brak pragnień. To wszystko przecież tylko drogi do znalezienia sobie własnej alternatywnej niszy w świecie snu. Jeśli nie, to czy znamy kogoś kto osiągnął w ten sposób oświecenie? Nikogo osobiście? A ile osób to praktykuje?

Propozycja Jed’a wydaje się banalna. Zachęca byśmy zaczęli pisać.
Powinniśmy zacząć od czegoś co stanowi dla nas niezaprzeczalną prawdę i starać się wejść głębiej w dany temat. Pisząc starać się przekazać prawdę, a jednocześnie przeanalizować i obalić wszystko to co jest jedynie wierzeniem, czy niesprawdzoną przez nas teorią.
Pisząc, jeśli tylko jesteśmy szczerzy, przedzieramy się przez kolejne warstwy poglądów, mitów i wierzeń, które przejęliśmy od innych. Pisząc pozbywamy się tego wszystkiego co jest w nas fałszywe, sztuczne, obce. Na końcu pozostaje Prawda. W końcu widzimy świat jakim jest.
Nie jest to oświecenie znane z ludowych przekazów Wschodu. Nie trafia w nas Super Orgazm, ani niebo nie otwiera się przed nami.

Stan ten Jed porównuje do znalezienia się na bezludnej wyspie, która jest w całości pustynią, albo do życia wampira. Któż by chciał takiego oświecenia? Nikt, ale przecież z osób, które do niego dążą, prawie nikt nie zostaje oświecony (nie wspominając o nieświadomych wszystkiego telewidzach).
Jed w dalszym ciągu jest tylko człowiekiem. Nie ma monopolu na wiedzę, ani na szczęście, jednak jak sam mówi ma otwarte oczy i widzi rzeczywistość taką jaka jest.

Książki

Jed twierdzi, że sam przeszedł ten proces. Zanim został oświecony napisał osiem innych książek, w których rozprawił się ze swoimi mitami. Te książki nigdy nie zostały opublikowane, ale pozwoliły mu poznać Prawdę. Mimochodem pozwoliły mu też zdobyć warsztat pisarski.

Jed pisze, że jego życie dobiegło końca. Jest skończony, dokonany. Nie ma już pragnień i celów. Pisze jedynie by pokazać innym to co sam chciałby wiedzieć, gdy zaczynał swoją “drogę”.

Ma potężną bibliotekę książek duchowych, jedynie po to by zacytować coś z nich w odpowiednim momencie. Śledzi film i literaturę, by dać nam kilka bliskich kulturze zachodniej porównań. Pokazuje, że książki takie jak Moby Dick Hermana Melville’a to jedynie zapis procesu, którym on sam przeszedł. W końcu jak to sam stwierdza “gdy chcę się pośmiać czytam Osho”. Może zresztą robi to by zrozumieć jak inni guru próbują nas wykorzystać, czy też są przez nas samych wykorzystani, do podtrzymania snu.

Choć nie mam na to żadnego dowodu sądzę, że autor kryjący się za pseudonimem Jed McKenna rzeczywiście dotarł do czegoś co zwykliśmy nazywać oświeceniem. Zamiast jednak spokojnie otworzyć swój kramik z napisem “Boski Guru Jed” postanowił zastosować swoją metodę dalej. Doszedł do momentu, gdy droga się kończy, ale zamiast spokojnie zasiąść na laurach, postanowił zastosować swoją metodę i teraz. Iść dalej mimo, że wszystko jest już skończone. Postanawia napisać w swoich książkach to co jest dla niego niezaprzeczalną prawdą. Postanawia wcielić się w postać guru.
Jed pisze te książki dla siebie. Postanawia rozprawić się z własnym snem stania się mistrzem. Jednocześnie jednak nie zapomina o czytelnikach. Tworząc siebie jako niekompletną i ułomną postać książkową nie daje nam żadnego oparcia, czy pretekstu do samooszukiwania. Jed nie da się wmanewrować w rolę guru. Nie da się wykorzystać.

Zabij Buddę jeśli stanie na Twojej drodze!

Zastanawiałem się co dała mi lektura tych trzech książek i przyszło mi do głowy właśnie to zdanie: “Zabij Buddę jeśli stanie na twojej drodze!”
Słyszałem je wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie musiałem wziąć go sobie do serca. Wydawało mi się zawsze, że podchodzę dość krytycznie do różnego rodzaju guru, przewodników, nauczycieli. Może właśnie dlatego żaden z nich nigdy nie stanął mi na drodze i nie musiałem go “zabić”.
Przeżywałem utratę zaufania do przeróżnych “mistrzów”, ale nawet jeśli definitywnie się z nimi żegnałem, to nie było to nigdy coś, co można by nazwać “zabiciem Buddy”.

Jed jednak zmienił tu wszystko. Nie było to jednak “zabicie” jednostkowe, to raczej “masowe morderstwo”.
Tak więc nikt nie został nagle zepchnięty z firmamentu (stał on zresztą pusty już jakiś czas). To cały ten “firmament” został wdeptany w ziemię.

Jed nawet nie oszczędził sam siebie. W końcu jego książki to opis samobójstwa duchowego. Jed kiedyś unicestwił siebie jako poszukującego, teraz unicestwia siebie jako guru.
Czytając to, definitywnie zniszczyłem w sobie potrzebę posiadania guru, mistrza, przewodnika (również wewnętrznego). Zostałem sam…

Dopiero teraz wiem, że Buddę zabija się nie na końcu ścieżki. Buddę trzeba zabić by odblokować wyjście z norki, którą sami sobie wykopaliśmy w czeluściach Ułudy/Mai.

Wypadało by teraz zakrzyknąć: “Umarł Guru!”, ale ciąg dalszy nie brzmi tak, jak w przypadku Króla, czy Boga.
Druga część okrzyku brzmi: “I ja też umrę…”


Enlightenment Trilogy by Jed McKenna: www.wisefoolpress.com



ładuję komentarze...