Jeden stopień dalej

http://stryjski.net/jeden-stopien-dalej/

Relacja z mojego etapu wyprawy Svalbard 2015 na jachcie JoinUs na przełomie lipca i sierpniu 2015.

Svalbard

białe, czarne, szare, niebieskie… i kolorowe

Spitsbergen to Białe:

Biały jest śnieg lodowca.
Biała jest kra sięgająca po horyzont.
Białe są owoce wełnianki, czyli cotton-grass.
Biały jest marmur który kiedyś próbowano wydobywać w rejonie Ny-Ålesund.
Biały jest miś którego nie spotkaliśmy…

Spitsbergen jest także:

Czarny jest węgiel wydobywany w Longyearbyen i Barentsburgu oraz ten leżący na stokach górskich niczym polne kamienie.
Czarne są pozostałości pieców wielorybników.
Czarna jest ciemność opuszczonej kopalni.

Szare są foki odpoczywające na krze.
Szare są morsy wylegujące się na plaży.
Szare są ptaki atakujące nas, gdy zbyt blisko zbliżymy się do ich gniazd.
Szare są kamienie których rumowiska zagradzają drogę w każde niemal miejsce.
Szare są wieże kolejki węglowej w Longyearbyen.
Szare są ruiny Pyramiden.
Szary jest port Barentsburga.

Niebieskie jest tętniące życiem morze.
Niebieskie jest niebo nieustannego dnia arktycznego.
Niebieskie są nasączone wodą i sprasowane dolne partie lodowca.

Kolorowe są kwiatki rosnące w szczelinach skał.
Kolorowe są skandynawskie domy w Longyearbyen.
Kolorowe są bloki w Barentsburgu.

Kolorowi są przede wszystkim ludzie, którzy przyjeżdżają tu na kilka dni i często pozostają na kilka lat - i bynajmniej nie chodzi tu o kolor ich skóry.

cotton-grass

lotnisko

Po całym dniu podróży lądujemy w Longyearbyen. Wysiadamy z samolotu wprost na płytę lotniska. Podchodzimy do budynku, ale drzwi są jeszcze zamknięte.
Najwyraźniej obsługa daje nam czas by spokojnie obejść samolot dookoła; porobić sobie pierwsze fotki; trochę ochłonąć po podróży. My jednak chcemy czym prędzej pokazać nasze paszporty i ruszyć dalej. Chcemy wreście zobaczyć arktykę.
Wkrótce przekonamy się, że pośpiech to cecha, którą wykazują tu jedynie turyści.

Kontroli paszportowej nie ma. Svalbard to formalnie terytorium Norwegii, ale także archipelag leżący poza politycznymi podziałami świata. Dla krajów z grupy Schengen jesteśmy już poza Europą. Bez wizy może przyjechać tu każdy. Nie ma więc sensu czegokolwiek kontrolować.

W końcu wchodzimy do głównej hali lotniska. Zaraz za nami zaczynają wjeżdżać nasze bagaże.
Ulga - w Oslo, w trakcie przesiadki - wcale nie byliśmy pewni, czy nadal z nami lecą.

renifery

kemping

Przed wejściem na lotnisku widnieje drogowskaz pokazujący odległość od największych miast świata. Za to nigdzie nie widać drogowskazu na kemping. Powinien być gdzieś niedaleko.
Pytamy taksówkarza. Ten ze zdziwieniem pokazuje nam skarpę i morze. Podchodzimy do brzegu parkingu i rzeczywiście jakieś kilkadziesiąt metrów w dół i kilkaset dalej, przy brzegu rozciąga się małe pole namiotowe.

Pomysł by pierwszą noc w Arktyce spędzić w namiocie wydaje się szalony. No, ale pomysł by spędzić wakacje w Arktyce sam w sobie jest już szalony. Zresztą nie ma tu za wiele hoteli, ceny są wygórowane, a wolnych miejsc nie ma już od dawna.
Dla większości z nas będzie to pierwsze biwakowanie od lat. W nocy będzie nieco twardo, ale w odpowiednim śpiworze wręcz zadziwiająco ciepło.

Zanim pójdziemy spać siadamy w świetlicy kempingu. Czas coś jeszcze zjeść. Uczcić dotarcie na północ pierwszym toastem.
Nie będziemy jednak czekać do rana, czy nawet do zmierzchu. Po innych wyprawach za kołem podbiegunowym wiemy, że te przyjdą tu dopiero za kilka miesięcy.

kemping

nowi

Rano - tzn. tak mówi zegarek i wewnętrzny rytm dnia i nocy którego jeszcze nie straciliśmy - szybko ruszamy do miasta by wszystko załatwić. Trzeba odebrać pozwolenie na żeglugę z biura gubernatora, zrobić pierwsze zakupy, wypożyczyć broń.
Idziemy szybko, a jednak dotarcie gdziekolwiek zajmuje mnóstwo czasu. Co chwila trzeba się zatrzymać, przyjrzeć się egzotycznemu krajobrazowi, zrobić zdjęcie.

Nie jest aż tak zimno jak się spodziewaliśmy, jednak na wszelki wypadek chodzimy opatuleni w zimowe kurtki, czapki i rękawiczki. W sklepie kupujemy nie tylko kartki pocztowe i pamiątki, ale także swetry i wełnianą odzież termiczną. W podjęciu decyzji by wydać nieco ponad planowany budżet, pomagają jednak przede wszystkim niskie ceny i brak VAT, a nie klimat.

broń

Dość niepewnie wychodzimy z ostatniego sklepu. Na plecach mamy zawieszone dwa mausery z czasów II Wojny Światowej. W torbie dodatkowo pistolet sygnalizacyjny. Na broni dobrze widoczna jest wygrawerowaną swastyka.
Gdy wypożyczaliśmy broń nie zapytano nas o szkolenie jakie przeszliśmy w Polsce. Istotne było tylko tymczasowe pozwolenie od gubernatora, które dostaliśmy kilka tygodni wcześniej e-mailem.
Broni w sklepie sportowym było znacznie więcej. Niestety inne, nowsze karabiny, można jedynie kupić mieszkając tu na stałe.

Idziemy na strzelnicę by jeszcze trochę poćwiczyć, ale po drodze sami stajemy się atrakcją turystyczną. Niemieccy emeryci, którzy właśnie wylegli z promu turystycznego, oglądają się za nami i robią nam zdjęcia. Zastanawiamy się czy rozpoznają swoją starą broń…
Zainteresowanie wynika jednak bardziej z faktu, że jesteśmy dla nich uosobieniem wolności tego miejsca. Już wkrótce ruszymy w dzikie górskie regiony bez obstawy ochrony i przewodników. Może sami stawimy też czoła niedźwiedziowi polarnemu, który choć rzadki i zagrożony wyginięciem, stanowi tu realne niebezpieczeństwo. W tym roku zdołał już zranić jednego turystę.

sanie

jachty

Do rozpoczęcia rejsu jeszcze jeden dzień, ale poprzednia załoga już w porcie. W weekend trudno będzie zatankować jacht, kupić gaz, zrobić zakupy etc. Praktycznie wszystkie jachty planujące wymianę załogi w ten weekend są już w piątek w porcie. Niektóre nawet wcześniej.

Tzw. marina - czyli jeden pływający pomost - w Longyearbyen jest przepełniona. Stoi tu aż 10 jachtów, ale miejsca jest góra na cztery. Część miejsc zarezerwowanych jest dla mniejszych statków wycieczkowych. Jachty muszą więc stać obok siebie, burta w burtę.

Zaskakująco dużo jest jachtów pod polską banderą. Obok naszego JoinUs stoi Barlovento II z Sekstant Expedition. Trochę dalej mniejszy Berg. Na kotwicy przed portem stoi polski statek badawczy Oceania. O zaledwie kilka dni minęliśmy się z jachtem Stary.
Za dwa tygodnie spotkamy tu legendarny jacht ‘transportowo-badawczy’ Eltanin oraz podobny do niego, ale młodszy Solanus.

Polacy upodobali sobie stal, są tu jednak i inne jachty. Francuzi to oczywiście aluminium. Obok nas stoją dwa specjalnie zaprojektowane do żeglugi arktycznej jachty Boreal, oraz już bardziej tradycyjny, ale wciąż aluminiowy Onvi.
Bestewind wciąż można nazwać jachtem specjalnie przystosowanym do żeglugi arktycznej, choć to już “plastik”. Są jednak i bardziej standardowe konstrukcje m.in. polskie Delphie - z chyba jedynej tu firmy czarterowej Boreal Yachting. Jest nawet starsza prywatna Bavaria. Najmniej do otoczenia pasuje potężny luksusowy jacht maltański, którego wielką czerwoną banderę można by pomylić z żaglem sztormowym.

Longyearbyen marina

węgiel

XX wieczna historia Spitsbergenu to historia wydobycia węgla. Sto lat temu Norwegia i Rosja toczyły spór prawny o przynależność państwową archipelagu, a pośrednio o ten wówczas strategiczny surowiec. Dziś tu, tak jak i w innych częściach świata, węgiel powoli traci na znaczeniu.

W Longyearbyen wciąż stoją jeszcze drewniane wieże podtrzymujące liny i wiszące na nich wagoniki na węgiel. W ten sposób do niedawna transportowano surowiec z kopalni do portu. Większość kopalni jest już jednak nieczynna.
Wdrapujemy się do kopalni Nr 2. Węgiel wydobywano w niej w latach 1938-1969. W przeciwieństwie do tych na Śląsku, kopalnie nie posiadały tu oficjalnych nazw. Również w przeciwieństwie do tego czemu przywykliśmy, kopalnie nie znajdują się w głębi ziemi, pod miastem, ale nad nim. Dokładnie w połowie wysokości otaczających Longyearbyen gór.

Drewniana konstrukcja wydaje się bardzo niestabilna. Część jest już zawalona. Mimo to postanawiamy eksplorować budowlę od środka. Powoli odważamy się zapuszczać coraz dalej i coraz wyżej.

kopania nr 2

Kopalnie Nr 2 to jednak przedsmak tego co zobaczymy za dwa dni w Pyramiden. Tu mamy nie tylko jedną opuszczona kopalnię, ale całe opuszczone górnicze miasto.
Założyli je Szwedzi, ale od 1927 roku jest własnością Rosji. W latach świetności miało 1000 mieszkańców. W 1998 roku zamknięto kopalnie, a mieszkańców ewakuowano. Przez 7 lat miasto stało całkowicie opuszczone.
Dziś próbuje się przekształcić je w atrakcję turystyczną. Otwarto hotel i uruchomiono ponownie kotłownię. Zabezpieczono
wejścia do budynków i dokonuje się najpotrzebniejszych napraw.
Nieliczni mieszkańcy starają się powstrzymać dalszą dewastację. Obecnie na stałe mieszka tu osiem osób latem i trzy zimą.

Większość dawnych budynków mieszkalnych jest wciąż w dobrym stanie. Bardziej zniszczone są budynki samej kopalni opanowne przez kolonie ptaków.
Drewniany pomost w porcie do którego przycumowaliśmy wydaje się stać już resztką sił i grozić zawaleniem. Wciąż stoją
jednak na nim kilkutonowe: dźwig i koparka. Powyginane deski i pale wciąż są w stanie jakoś wytrzymywać znaczne obciążenia.

Patrząc na umarłe miasto łatwo wpaść w melancholię i nawet żałować odchodzącego świata przemysłu XX wieku. Z drugiej
strony węgiel bardzo negatywnie odbił się na przyrodzie Svalbardu. Przemysł wydobywczy zanieczyszczał wprost, ale węgiel chyba najbardziej przyczynił się też do efektu cieplarnianego zagrażając całej Arktyce.
Może więc lepiej, że kopalnię zamknięto, a ludzie wyjechali.

Pyramiden

morsy

Svalbard to jednak nie skansen upadającego przemysłu. Już raczej park safari, gdzie dzikie zwierzęta można zobaczyć naprawdę z bliska.
Przypływamy do Poolepynten na wyspie Prins Karls Forland. Kotwicowisko nie wydaje się szczególnie dogodne i nie osłania
nas całkowicie od fal i wiatru. Tutaj mamy jednak dużą szansę spotkać morsy.

Jacht stoi na głębokości 7 metrów, ale do brzegu jest jeszcze co najmniej sto. Bernard kierując pontonem stara się ominąć największe fale, ale i tak jesteśmy nieco zmoczeni. Szybko znajdujemy najkorzystniejsze miejsce do lądowania na kamienistej plaży.
Ja i Michał zostajemy z bronią. Bernard za chwilę przywiezie Mariolę i Wojtka. Teraz trzeba tylko wyciągnąć ponton wyżej na brzeg i zabezpieczyć go tak by nie zabrał go przypływ.
Na jachcie z Tomkiem pozostała połowa załogi. Przy takiej pogodzie konieczne jest by ktoś został i pilnował jachtu. Jeśli pogoda się raptownie pogorszy, bądź jeśli kotwica zaplątana w kelp - wyjątkowo duże wodorosty morskie o długim ponad metrowym liściu i grubej łodydze - puści, konieczne może okazać się przestawienie jachtu.
Reszta załogi przypłynie tu w drugiej turze.

drift-wood

Z miejsca, gdzie zakotwiczyliśmy mamy jeszcze kilkaset metrów plażą do końca półwyspu. Tam widzieliśmy morsy przez lornetkę,gdy przepływaliśmy. Ta część wyspy jest całkowicie płaska, ale plażę zastawiają dosłownie setki pni drzew utrudniając nam drogę.
Na Svalbardzie nie ma żadnego drzewa, czy nawet większego krzewu. Drewno zostało przyniesione tutaj przez prądy morskie z Syberii, gdzie wcześniej spłynęło z nurtem rzek. Na brzeg zostało wyrzucone przez zimowe sztormy. Obok drewna znaleźć można metalowe kule przypominające miny morskie. Były to jednak zapewne pływaki do których dowiązano kiedyś sieci rybackie. Od dawna takich się już nie stosuje, więc musiały wędrować po oceanach sporo czasu. Obok widać niestety również wytwory najnowszej cywilizacji - plastikowe butelki.

Do Morsów podchodzimy od zawietrznej, tak by nie wyczuły naszego zapachu i nie uciekły do morza. Podobno nie chodzi o fakt że załogi jachtów nie mają możliwości częstych kąpieli, ale o zapach kosmetyków.
W żadnym wypadku nie możemy też znaleźć się między kolonią, a brzegiem morskim. Morsy mogą wtedy poczuć się osaczone i próbować zaatakować.
Podchodzimy dość nieśmiało. W pewnym momencie morsy się budzą i niektóre z nich spoglądają na nas. Są nieco nieufne, ale na pewno nie boją się człowieka. Powoli je obchodzimy.
Nasz zapach najwyraźniej im nie przeszkadza. My powoli przyzwyczajamy się też do dość intensywnego zapachu morsów.

Fotografując i filmując morsy udziela nam się ich spokój. Moglibyśmy tu zostać i wylegiwać się z nimi na słońcu przez resztę dnia. Trzeba jednak wracać na jacht i dać drugiej grupie możliwość zobaczenia tych nie bojących się niczego i nikogo dzikich zwierząt.

morsy

lodowce

Wcześniej, opuszczając Isfjorden, trzymaliśmy się północnej strony fiordu odwiedzając lodowce w zatokach Borebukta i Trygghamna. Pierwszy z nich okazał się zdecydowanie bardziej okazalszy. Tu mamy pierwszy kontakt z lodem.
Bardzo nieśmiało powoli okrążamy, a potem jeszcze wolniej podpływamy do unoszącego się na wodzie kawałka lodu. Jest on nie większy niż 3 wiaderka. Odłupujemy kawałek do garnka.
Zdobycz może nie za wielka, ale po raz pierwszy mamy kilkusetletni lód pochodzący z lodowca! Trzeba to uczcić drinkiem.

Borebukta

Teraz, gdy wpływamy do Kongsfjorden, przy którym leży Ny-Ålesund, wieje silny wschodni wiatr. Do tej pory byliśmy od niego osłonięci wysokimi górami. Tutaj ukształtowanie terenu powoduje, że wiatr wciska się w fiord zmieniając kierunek i przybierając na sile. Sterowanie utrudnia fakt, że wiatr i fala wypycha z fiordu krę i małe góry lodowe. Niektóre z nich są wielkości jachtu, czy nawet małego statku i łatwo je dostrzec i ominąć. Małe - takie jak złowiliśmy wcześniej i mniejsze - nie stanowią zagrożenia. Wśród drobnego lodu może jednak czyhać większy całkowicie znużony kawałek.
Nam się udaje, ale wiemy że jedna z poprzednich załóg najprawdopodobniej najechała na taki lód z dużą prędkością. Jak się później dowiemy mogło to przyczynić się do uszkodzenia jednej z dwu zamontowanych na jachcie echosond.

lód

Prawdziwy chrzest lodowy przejdziemy jednak dopiero w Magdalenefjord. Tu zwiedzamy pozostałości osady wielorybników i cmentarza z XVII wieku. Całość obszaru archeologicznego jest ogrodzona i raczej nie widać zbyt wiele zza barierki. Ciekawsza wydaje się wspinaczka do pobliskiego małego lodowca. Odważamy się wejść na lodową czapę bez odpowiedniego sprzętu, gdyż lód jest tutaj bardzo stabilny i nie jest popękany.
W końcu jednak czas wyciągnąć kotwicę i popłynąć do czoła głównego lodowca. Gdy płyniemy lewy brzeg fiordu pokrywa gęsta warstwa kry i małych górek lodowych. Prawa jest całkowicie wolna od lodu.
Nie podpływamy do czoła lodowca bliżej niż na 300-500 metrów. W razie oderwania fragmentu jego czoła powstanie silna fala, przypominająca tsunami. Dla jachtu niebezpieczne może być także oderwanie się i raptowne wypłynięcie do góry lodu z dolnej podwodnej części czoła lodowca.
Nadaremnie wyczekujemy ocielenia się lodowca i powstania nowej góry lodowej. Raz tylko uderzając po drodze i roztrzaskując z hukiem przypominającym wybuch, ułamuje się średniej wielkości kawałek lodu. Nie wytworzył jednak fali przy wpadaniu do wody.

Magdalenefjord

Możemy stać i obserwować lodowiec przez godziny, potem czas jednak płynąć dalej.
Przed chwilą cieszyła nas raptowna poprawa pogody, wyjście za chmur słońca i ustanie wiatru. Pozwoliło to nam wykonać kilka efektownych zdjęć. Zmieniło to jednak także diametralnie sytuację w fiordzie.
Zgarnięty wiatrem na jeden brzeg lód równomiernie rozproszył się teraz po całej zatoce. Kawałki lodu są relatywnie małe, ale trudno wypatrzeć jakikolwiek wolne od lodu przejście. Nie ma wyjścia, cztery osoby stają na dziobie trzymając bambusowe tyczki i odpychają od kadłuba krę. Płyniemy na silniku zaledwie 1.5 - 2 węzły, często zwalniając jeszcze bardziej.

foka

zmiana planów

Opłynięcie Spitsbergenu - największej wyspy archipelagu Svalbard - było naszym marzeniem i głównym celem wyprawy. W tym roku, a przynajmniej teraz w lipcu, jest to jednak niemożliwe.
Inaczej niż w poprzednich latach południowa część cieśniny Hinlopen oddzielająca Spitsbergen od Nordaustlandet (Ziemi Północno-Wschodniej) wciąż zablokowana jest zwartym lodem, który przyniosły tu z północnego-wschodu zimne prądy morskie.

Z ostatnich map lodowych jakie widzieliśmy w Ny-Ålesund - w ostatnim miejscu gdzie dostępny był internet - wynikało, że powinno się udać dopłynąć do Nordkapp - przylądka nazwanego tak jak ten w kontynentalnej Norwegii. Tak jak tam, jest to w rzeczywistości wyspa, a nie część większego lądu i tak jak tam, nie jest to wcale najdalej na północ wysunięta część archipelagu.

Granica wiecznego lodu nigdy nie jest jasno zdefiniowana. Zazwyczaj wolne od lodu morze stopniowo, na przestrzeni kilkuset kilometrów, przeradza się w stały wieloletni lód. Pas pomiędzy otwartym morzem, a biegunem, przeplatają pola lodowe o różnym stosunku procentowym wody i lodu.
Stopień zalodzenia podaje się w ułamkach gdzie 1/10 to sporadyczna kra, a 9/10 lekko spękana stała pokrywa lodowa. Podobnie jak prognozę pogody, Norweski Instytut Meteorologiczny publikuje mapy tej części arktyki na których kolorami oznaczone jest zalodzenie morza.
Nasz jacht może bezpiecznie pływać w lodzie o stosunku 3/10 - to kolory niebieski i zielony na mapie. Na południu Hinlopen
wciąż przeważa kolor zółty, a nawet czerwony.
Północ wydaje się wyglądać znacznie lepiej. Kolor niebieski dość szybko przechodzi w czerwień, z wąskimi paskami zieleni i zółci jedynie na wschód od Nordkapp. Oznacza to, że powinno nam udać się żeglować tam bez większych problemów.

Wypływając z Magdalenefjord kierujemy się na północny-wschód. Niedaleko płaskiej i ledwo widocznej wyspy Moffen przekraczamy magiczna granicę 80 stopni szerokości geograficznej północnej. Inne jachty często tu zawracają ograniczając swój pobyt na Svalbardzie jedynie do zachodniego Spitsbergenu.
Błękitne niebo, brak fal - choć niestety i wiatru - upewniają nas jednak, że powinniśmy podążać dalej w nieznane.

Smmerenburgfjorden

koniec mapy

Współczesnym żeglarzom rzadko zdarza się sytuacja, że płyną naprawdę w nieznane. Zazwyczaj GPS i podpięte do niego plotery wyświetlają pozycję jachtu na szczegółowych mapach morskich z dokładnością do kilku metrów. My, jak dawni odkrywcy, wpływamy na wody poza zasięgiem dostępnych map - tych elektronicznych przynajmniej.
Z niejasnych powodów twórcy współczesnego oprogramowania elektronicznego uznali, że nikt nie popłynie dalej niż 80°N. Może dlatego tyle osób tu zawraca. Tu kończy się morze i zaczyna niezbadana otchłań w którą nieostrożne statki mogą się stoczyć… Tak przynajmniej wygląda to na ploterze, tablecie czy laptopie.

koniec swiata

Oczywiście morze się tu nie kończy. Dla wód położonych bardziej na północ dalej istnieją mapy, jednak jedynie te tradycyjne, papierowe. Również na nich można jednak znaleźć białe plamy. Nie ma tam podanych miarodajnych głębokości, gdyż nikt nie badał tych terenów od XVII - XVIII wieku.
Coraz trudniej przeliczyć też kurs rzeczywisty na magnetyczny. Zbliżając się do bieguna ziemskiego występują coraz większe odchylenia, a kompas magnetyczny staje się coraz mniej dokładny.

Od tego momentu kierując się na północ co najmniej co godzinę odczytywać będziemy pozycje z GPS i nanosić ją na papierową mapę. Nowoczesne technologie wciąż nam pomagają, ale zbliżając się do bieguna coraz bardziej polegamy na tradycyjnych technikach nawigacyjnych.

wysoki brzeg

Płynąc wzdłuż brzegów wyspy Lagoya widzimy już klify ostatnich siedmiu wysp Svalbardu - Sjuøyane. Jedyny problem to ten, że wyspy te nie posiadają wybrzeża klifowego. W ich wnętrzu znajdują się raczej niskie góry, a brzeg powinien stosunkowo łagodnie opadać do morza. Mapy są tu niedokładne, ale nie aż tak. Ponadto niedokładności dotyczą raczej tylko dna morskiego. W stosunku do lądu nie mogą się aż tak mylić.
Co gorsza, ostatnia większa wyspa archipelagu - Vesle Tavleøya - wyraźnie przypomina swym wyglądem grzyb, czy babeczkę…

fata morgana

Nie zostaliśmy oślepieni słońcem północy, ani w naszych zbiornikach ze słodką wodą nie zalęgła się jakaś groźna bakteria powodująca omamy. Zjawisko jest dobrze znane. Wyspy które widzimy znajdują się jeszcze za horyzontem.
Zadziwiająca przejrzystość powietrza oraz zmiany jego temperatury nad woda i polami lodowymi, powodują załamanie się światła i tą przedziwną arktyczną fatamorganę. W dawnych wiekach takie złudzenia optyczne myliły badaczy szukających przejść północno-wschodniego i północno-zachodniego.
My jednak nie damy się zwieść i nie zawrócimy. Mimo, że obraz jest nieco zniekształcony, przekonani jesteśmy, że damy radę dopłynąć do ostatniej najmniejszej wyspy archipelagu Svalbardzkiego - do Rossøya.

kra

Żeglarze z reguły starają się omijać krę i góry lodowe. Kolizja z nawet stosunkowo małą górą lodową może zakończyć się tragicznie. Zderzenie przy dużej prędkości można porównać do uderzenia w skałę. Wszyscy słyszeli o losie Titanica…
My jednak pojawienie się pierwszej kry witamy dość entuzjastycznie. W końcu widzimy lód morski, a nie lodowcowy. Wreszcie widzimy kawałki lodu, które zapewne jeszcze kilkanaście dni temu stanowiły integralna część czapy lodowej bieguna północnego!

Pierwsze, rzadko rozrzucone kawałki kry, które wystarczyło ominąć lekką zmianą kursu, zaczynają gęstnieć. To, co dotychczas przypominało labirynt małych płaskich wysp powoli zaczyna przeradzać się w grupę jezior połączonych rzekami i kanałami. Słaby do tej pory wiatr, słabnie jeszcze bardziej. Zbytnio nas to nie martwi. Do tej pory i tak był zawsze za słaby dla naszego ciężkiego stalowego jachtu.

Lawirujemy między krą płynąc na silniku. Ciągłe zakręty i wypatrywanie drogi na początku wydawały się nawet zabawne. Teraz przypomina to wpływanie do nigdy nie kończącej się mariny, czy portu. Coraz więcej tu “zacumowanych” lodowych jednostek, których na pewno nie chcemy “uszkodzić”.
Nigdy nie płyniemy też wprost do celu. Stale trzeba wypatrywać przejść, które choć w przybliżeniu poprowadzą nas na północ. Czasami trzeba jednak zawracać ze ślepych zaułków i szukać innej drogi.

kra

81°N

Pole lodowe które wydawało się sięgać horyzontu w końcu się kończy. Do ostatnich dwu wysp archipelagu Svalbardzkiego dzieli nas tylko kilka mil otwartej wody.
Na południe od większej z nich Vesle Tavleøya widać wydawałoby się znajomą kilkumetrową ścianę lodu. Nie jest to jednak czoło lodowca. Przy brzegu wyspy osiadła na mieliźnie, przywiana tutaj z północy, wielka kilkusetmetrowa tafla kilkuletniego lodu. Lód wystaje kilka metrów, ale zapewne jeszcze więcej skrywa się go pod wodą.

Na północ od Vesle Tavleøya widać Rossøya. Ostatnia z wysp Svalbardu wydaje się jakby najmniej okazała. Na pewno brakuje jej szpiczastych szczytów Spitsbergenu. Jest raczej zaskakująco obła i niska. Tak jakby lód który przez tysiące, jeśli
nie miliony lat, zatrzymywał się na niej płynąc z północy oszlifował ją i ściął jej wierzchołek.
Dalej na północ jest już wyłącznie Ocean Arktyczny. Przed nami w lini prostej geograficzny biegun, a gdzieś dalej Cieśnina Beringa odgradzająca Azję i Amerykę.

Rossoya

Płyniemy dalej, teraz już wprost na północ. Kolejne pole lodowe, potem znów odcinek wolny od lodu… Mile wleką się powoli. Czas wydaje się stać w miejscu. Trzeba by w końcu iść spać, ale przecież nie tutaj, nie teraz.
W końcu ostateczne odliczanie. Wszyscy na pokładzie, kamery i aparaty fotograficzne naszykowane. Wpatrujemy się w ekran tabletu i wyświetlaną przez z niego pozycję z GPS… Przekraczamy magiczną cyfrę - 81 stopni szerokości geograficznej północnej!

Osiągnęliśmy swój cel. Zgodnie z ustaleniami Traktatu Spitsbergeńskiego, jesteśmy poza wodami archipelagu Svalbard. Wyłączamy silnik by uczcić tą chwilę.
Wokół nas nic się nie zmieniło. Jest północ, więc słońce świeci wysoko na niebie. Woda i niebo wciąż błękitne. W oddali w każdym kierunku widać biel kry. Wieje słaby północny wiatr.
81°N to nie szczyt. To jedynie kreska na mapie. Jeśli coś przekroczyliśmy, czy gdzieś dotarliśmy to, tak naprawdę, jest to miejsce w nas samych.

81°N

bang

Wracamy. Znów silnik. Wiatr tym razem z dobrego kierunku - z rufy - ale wciąż za słaby.
Znów pole lodowe. Oczywiście nie da się płynąć “po śladach”. Kra choć powoli i niezauważalnie to ciągle dryfuje, wciąż zmienia swoją konfigurację. Trzeba manewrować i szukać nowego przejścia.

Rozmawiamy co by było, gdybyśmy płynęli dalej. Jak daleko było do następnego pola lodowego? Czy dałoby się je przejść? Jak daleko byłby stały lód?

Nagle głuche bang. Nie zbyt głośna, jakby coś wpadło do zenzy. Nic co mogłoby wzbudzić natychmiastowy alarm, ale wyraźnie słyszeliśmy coś dziwnego. Przerywamy z Tomkiem rozmowę. Patrzymy po sobie aby się upewnić, że nam się to nie wydawało.
Co to było? Czy to zwiastun czegoś większego? Czy początek problemów?

Może śruba w coś uderzyła?
Przy burcie i za nami nie ma jednak odłamków lodu. Na dziobie cały czas stoją dwie osoby i odgarniają mniejsze kawałki, Ponadto od kilku minut mamy pas całkowicie wolny od lodu. Większą krę zawsze ostrożnie omijamy.

Silnik pracuje wciąż miarowo, ale jacht zaczyna wyraźnie zwalniać.
Cała naprzód - nic.
Cała wstecz - nic.
Kontrola sprzęgła przy manetce - wszystko w porządku. Nic nie jest zablokowane, ale jacht dalej nie reaguje.

Nagle problem z silnikiem odchodzi na dalszy plan. Trzeba zdecydować gdzie płyniemy. Duża kra, która jeszcze przed chwilą była daleko, coraz wolniej, ale jednak nieubłaganie się przybliża. Nie widać dużego otwartego przejścia ani, na prawo, ani na lewo.
Jacht sam zwalnia, ale prędkość to wciąż ponad 2 węzły. Na tym kursie uderzymy…

Jesteśmy już kilka metrów od kry. Skręt. Koło i płetwa sterowa wychylone. Najpierw nic, w końcu z trudem łapiemy jakieś resztki sterowności. Jacht skręca. Dobijamy burtą tak jak do kei.
Nie było jednak czasu wyjąć odbijacza i nie można wyhamować silnikiem. Na dziobie dwie osoby wystawiają tyczki, ale ręką nie da się odepchnąć kilkuset ton lodu, ani 18 ton napierającej na niego stali.
Słychać nieprzyjemny odgłos tarcia burty o lód. Stoimy.

Gdyby nie sytuacja która zmusiła nas do zatrzymania można by nawet pomyśleć o zejściu na krę. Lód ma przynajmniej metr grubości, może więcej.
Nikt jednak o tym nie myśli. Schodzimy pod pokład, otwieramy gretingi nad silnikiem, zaglądamy do zenzy.
Na pierwszy rzut oka nie widać nic niepokojącego. Silnik na swoim miejscu, nadal miarowo pracuje. Wał napędowy biegnie do śruby, ale nie obraca się, dalej… stalowy walec łączący wał i silnik leży oparty na dnie zenzy. Opadł niecałe 10cm poniżej pozycji w której powinien być, ale silnik i wał wyraźnie nie są ze sobą połączone…

Notujemy czas 0421 i pozycję 80°56’N 20°12E.
Wciąż jesteśmy na północ od Rossøya choć teraz bardziej na zachód, dalej od lądu. To dobrze przynajmniej nie zdryfujemy na skały.

Przyglądamy się elementom. Wyraźnie widać 3 śruby łączące dwie metalowe tarcze. Te przy silniku na pewno da się wykręcić; te od strony wału złamane utkwiły wewnątrz metalu.
Dalsze oględziny ujawniają przyczynę awarii. Jedna z czterech śrub mocujących silnik do kadłuba jest luźna. Wypadła poduszka. Silnik przekrzywił się nieznacznie, ale naprężenie wystarczyło by złamać mocowanie z wałem napędowym.

Jesteśmy powyżej archipelagu Svalbardzkiego w miejscu gdzie “nikt” nie pływa…
Nie mamy silnika…
Stoimy unieruchomieni w lodzie…

pole-lodowe

najdalej na północ

Dalsze oględziny strat. Głośne zastanawianie, czy da się z tym coś zrobić…
Wyjmujemy narzędzia. Przeglądamy części.
Od tej pory notujemy pozycję co 10 minut.

Trzeba poinformować innych o naszej sytuacji.
Dzwonimy do Marcina armatora jachtu. Najpierw nie odbiera - dla nich tam na lądzie jest środek nocy.
Za chwile jednak oddzwania. Próbuje zrozumieć nasz problem, doradzić, ale niewiele więcej byłby w stanie zrobić nawet gdyby był tu na miejscu.

Ponowne sprawdzenie pozycji. Wraz z lodem dryfujemy powoli dokładnie na zachód, do Grenlandii… To nie wróży dobrze. Co prawda nie grozi nam zepchnięcie na mieliznę czy skały, ale przejścia między lodem raczej się nie poszerzą.
Z prędkością jednego węzła oddalamy się od Svalbardu. Jedynej oazy cywilizacji w tym rejonie.
Trzeba poinformować odpowiednie służby o naszym położeniu. W tej chwili nic nam nie grozi, ale jeśli nie uda się nic zrobić z silnikiem i jeśli nie wyrwiemy się z lodu na żaglach, to co dalej…

Główne elementy łączenia zostają wykręcone. Na górze, w mesie, w lepszym świetle przyglądamy się co da się zrobić.
Gdyby tylko udało się wykręcić 3 końcówki śrub, które utkwiły w otworach, może da się to złożyć ponownie.
Jeśli uda się je nawiercić, damy radę je wyjąć!

Ponownie włączamy silnik by mieć ładowanie. Przetwornica jest już włączona, podpinamy pod nią wiertarkę. Włączamy…
Wiertło dość anemicznie zaczyna się kręcić, jednak po maksymalnie trzech obrotach staje.
Pisk alarmu. Na sekundę prąd jest odłączony od wszystkich urządzeń na jachcie. Po chwili wszystko wraca do normy, ale jest jasne, że nie uda się użyć jakichkolwiek narzędzi elektrycznych.

Można jeszcze spróbować naciąć. Rafał znalazł już brzeszczot i czeka na naszą opinię, ale raczej już zdecydował.
Element jest gruby i kilkumilimetrowe nacięcia nie osłabią go. Zresztą tak jak teraz - ze śrubami wewnątrz - i tak do niczego się nie przyda. Nie mamy nic do stracenia.
Zaczynamy od śruby która najbardziej wystaje. Najpierw płytkie nacięcie. Śrubokręt nie chce zmieścić się w cienką szczelinę. W końcu wchodzi. Pół obrotu i wypada.
Nieważne metoda działa, śruba ruszyła! Jest nadzieja na naprawę.

Żmudna, ciężka praca będzie trwać przez następne godziny. Tomek, Rafał i Wojtek powoli rozwiązują kolejne problemy.
Wykręcenie śrub nie idzie łatwo, ale potem trzeba to jeszcze złożyć. Na jachcie na szczęście są śruby o odpowiedniej średnicy, ale oczywiście długość jest inna, trzeba je dociąć, oszlifować. Elementy trzeba ponownie dopasować, a szybko okazuje się, że jest co najmniej 24 możliwych kombinacji.
Brakuje klucza którym można by dokręcić silnik do kadłuba. Rafał jedna ręką podnosi silnik do góry przy pomocy prowizorycznego lewarka, drugą ręcznie dokręca śrubę. W zenzie nie ma miejsca dla dwu osób, gdyż silnik jest obudowany by głuszyc dźwięki. Musi to zrobić jedna osoba.

na żaglach

Ze wszystkich miejsc w których można pływać na żaglach na Svalbardzie to jest najmniej odpowiednie.

Do tej pory wiatry nam nie sprzyjały. Wpływając do fiordu mieliśmy silny wiatr z dziobu. Wypływając ciszę.
Gdy wiatr nagle się pojawił wystarczyło postawić żagle i zwykle ucichł. Zwijamy żagle, włączamy silnik i po 15 minutach wiatr znów jest. Tym razem z innego kierunku. Rozwijamy się… cisza.
Piękna słoneczna pogoda nie pomaga. Wiatry nawet jeśli stałe są wyjątkowo słabe, a takich ciężki stalowy JoinUs nie lubi.

W lodzie natomiast “nikt” nie pływa na żaglach.
Wąskie przejścia, konieczność częstych zwrotów, hamowania, czy obrócenia jachtu o 180° w miejscu, gdy trzeba zawrócić ze ślepego zaułka, zniechęcają nawet najbardziej ambitnych żeglarzy.
My jednak nie mamy wyjścia. Jest szansa na naprawę, ale nie wiadomo ile potrwa, a teraz dryfujemy do… Grenlandii.

Rozwijamy genuę. Wiatr jest słaby, ale teraz to dobrze. Jacht rozwija prędkość jednego do półtorej węzła.
Mało, na granicy sterowności, ale jeśli nie znajdziemy drogi, lub nie wyrobimy się na zakręcie, to uderzenie nie będzie duże i fatalne w konsekwencjach.
Wszystko dzieje się powoli, a sterowanie jachem zaczyna przypominać rozgrywkę szachową - trzeba myśleć na kilka ruchów na przód. Przewidzieć po której stronie i pod jakim kątem będzie wiatr, za dwa zwroty. Czy jacht da wtedy jeszcze radę płynąć na żaglach. Jeśli nie które alternatywne przejście wybrać.
Sterujemy po kolei, najpierw ja, potem Bernard. Z mozołem, ale jednak systematycznie przesuwamy się na południe.

kra

cała naprzód

W końcu chłopaki ogłaszają, że udało się skręcić elementy!
Włączamy silnik. Powoli, ostrożnie dodajemy gazu. Jacht rusza!
Nieco więcej obrotów, przyśpiesza. Wszystko pracuje bez zarzutu. Nie ma żadnych niepokojących dźwięków, czy wibracji. Silnik działa jak nowy.

Żeglarze po dopłynięciu do portu często wznoszą żartobliwy toast: “Za cudowne uratowanie!”.
Tym razem nie ma w tym jednak nawet nutki żartu, czy cynizmu.

Nie ma też jednak nadmiernej euforii. Wszystko prawie natychmiast wraca do normy. Wracamy do systemu wacht. Większość załogi szybko znika pod pokładem w kojach.
Zasypiają, ale zapewne we wszystkich drzemie jeszcze nuta niepewności. Na ile naprawa okazała się skuteczna. Ile wytrzyma. Minie jeszcze sporo godzin, nim zaczniemy ponownie ufać naszemu jachtowi.

cisza

Kolejne pole lodowe. Upłynęło tyle godzin, ale my w dalszym ciągu jesteśmy niewiele poniżej Rossøya. Przy Vesle Tavleøya nie widać jednak ściany lodu, którą widzieliśmy wczoraj. Mamy go wokół siebie, pokruszony i rozrzucony po horyzont.
Tak jak wcześniej krę można było porównywać z wyspami, skałami czy systemem rzek i jezior, tak teraz mamy przed sobą coś co przypomina lodowe grzęzawisko. Przejścia są coraz węższe, coraz bardziej kręte i zagmatwane, coraz częściej trzeba używać tyczek by odepchnąć kawałki lodu od kadłuba.

Słaby dotychczas wiatr ucicha. Równo i gęsto rozsiany lód ochłodził zapewne powietrze nad wodą i zaczyna wytwarzać swój własny mikroklimat. Ściąga cieplejsze powietrze z góry w dół, wytwarza lokalny mini wyż arktyczny, który niweluje wszelkie wiatry.

Cisza ma w sobie coś potwornego znanego jedynie z opowieści o starych żaglowcach unieruchomionych na długie dni, czy tygodnie w totalnej ciszy występującej czasami na oceanie.
Mocno świeci słońce i jest dobra widoczność, ale bezruch powietrza przypomina ten jaki można również doświadczyć we mgle.
Lód wydaje się zaciskać wokół nas. Teraz mamy silnik i możemy płynąć, ale coraz mniej widać drogę, którą moglibyśmy podążać.

Cisza, słońce, ciepło i bezruch powietrza wywołują poczucie spokoju. Wszystkie emocje ostatnich 24 godzin odpływają.
W końcu przychodzi jednak również zmęczenie i senność. Ile to już godzin bez snu: 18? 24? 36…
Nieważne, byle tylko nie zasnąć do następnego zwrotu za 10 metrów, potem jeszcze dwa zakręty i otwarty kawałek wody. Może
nawet całe 100 metrów…

Kiedyś w czasie kursu żeglarskiego instruktor przestrzegając nas przed niebezpieczeństwem żeglowania w stanie chronicznego braku snu opowiadał historię z własnego życia.
Po wielu godzinach samotnego sterowania zobaczył przed sobą górę lodową. Pływał wtedy latem na południu Anglii. Odczyt z radaru i głębokie przeświadczenie, że to niemożliwe w niczym nie pomagały. Wciąż nie mógł pozbyć się widoku góry lodowej przed dziobem jachtu. Podświadomy strach nie pozwalał płynąc prosto, musiał ja okrążyć.
Teraz lód dookoła jest realny. Dalej, 500 metrów na lewo widać otwarta wodę. Czy to małe fale i wiatr? Czy to już rzeczywiście koniec pola lodowego, czy to jakaś kolejna arktyczna fatamorgana…
Piotrek stojący na dziobie wskazuje przejście, w które powinniśmy się zmieścić by tam dojść. Upewnia mnie to, że to prawda i rzeczywiście widać już wyjście.

koniec świata

Wyspy Sjuøyane już daleko za nami. Wpływamy w cieśninę Hinlopen. Nie będziemy próbowali jej przepłynąć, wciąż jest zamknięta, ale chcemy odwiedzić przynajmniej jedno miejsce na Nordaustlandet - drugiej co do wielkości wyspie Svalbardu, prawie całkowicie pokrytej przez lodowce. Potrzebujemy też przerwy od żeglugi non-stop.

Krajobraz jest znów inny niż dotychczas. Ani na lewo na Ziemi Północno-Wschodniej, ani na prawo na Spitsbergenie nie widać wysokich szpiczastych szczytów. Nagie stoki niskich góry widoczne są tylko przy brzegu. Dalej i nad nimi rozciągają się
ogromne połacie czap lodowych i spływające do morza lodowce.
Jednak prawie całkowity brak lodu w wodzie powoduje wrażenie, że wróciliśmy z północy do jakiś południowych wysp. Tu czeka na nas bezpieczna zatoka i odpoczynek.
Kinnvika to stara opuszczona Szwecko-Fińsko-Swajcarska stacja arktyczna. Założona w 1957 roku jedynie przez pierwsze 3 lata była zamieszkana non stop. Później w latach 60-tych i 80-tych służyła za letnią bazę. Ponownie naukowcy wracali tu w latach 2005-2009.
Dziś stacja jest całkowicie opuszczona, ale wszystkie budynki są w dobrym stanie i widać, że są należycie zabezpieczone przed działaniem surowego klimatu.

Kinnvika - opuszczona baza

Chodząc po opuszczonych budynkach stacji - z których wszystkie prócz jednego są dostępne - ma się dziwne uczucie jakbyśmy przenieśli się w czasie. Budowniczowie stacji już dawno ją opuścili, może nawet już nie żyją, ale wydaje się, że byli tu dosłownie przed chwilą. Na szkolnej tablicy w głównej sali bazy wciąż widać napis pożegnalny załogi stacji z 1966 roku.
Jednocześnie mamy poczucie, że trafiliśmy na kraniec świata. Ludzie tu kiedyś mieszkali, ale surowy klimat i trudności komunikacyjne sprawiły, że musieli się wycofać w bardziej południowe rejony. W tym momencie jesteśmy prawdopodobnie jedynymi ludźmi na wyspie o wielkości Północnej Irlandii.

Siedząc w słońcu na schodkach do głównego budynku chciałoby się pozostać tu na dłużej. Rozpalić ogień w saunie. Usiąść w głównej sali do obiadu.
Świat i czas najwyraźniej się tu zatrzymał. Chciałoby się pozostać tu na zawsze, z dala od zgiełku i tępa codziennego życia. Przesiąknąć mocną ciszą i spokojem tego miejsca. Zaszyć się tu niczym w pustelni.

Kinnvika

źródła

Czas jednak płynie dalej i my musimy płynąć w kolejne miejsca.
Po kolejnych wachtach i kolejnych godzinach znów niestety bezwietrznej żeglugi docieramy do Bockfjorden, odnogi większego Woodfjorden. Tu chcemy znaleźć jedyne na Spitsbergenie gorące źródła. Czas budzić wszystkich i przygotować się na eksplorację lądu.

Płyniemy razem, ale każda wachta wydaje się żyć własnym rytmem. Nie ma dnia i nocy więc spać trzeba, w czasie wolnym od obowiązków i gdy akurat nie ma niczego ciekawego do zobaczenia.
Od kilku dni nie zebraliśmy się na żaden wspólny posiłek poza obiadem. Teraz jest okazja, bo i tak trzeba zadecydować kto pierwszy rusza na “podboje” lądu. Zarządzamy śniadanio-kolację.
Jedni przygotowują jedzenie, inni spuszczają na wodę ponton, uzupełniają paliwo w zbiorniku silnika zaburtowego, pakują plecaki. Największym entuzjazmem wydaje się tryskać Wojtek, przynajmniej do momentu, gdy Mariola uświadamia mu, że jest 4 rano, a nie po południu, jak myślał i, że wstali po zaledwie dwu godzinach snu.

Nie ważne która godzina. Słońce świeci wysoko, a my mamy przed sobą długa drogę.
Niestety nie mamy mapy topograficznej, ale z przewodnika i mapy morskiej wygląda że mamy do pokonania 10 km idąc cały czas kamienistym brzegiem. Oczywiście jak wszędzie na Spitsbergenie nie ma tu jakichkolwiek oznaczonych szlaków, czy w ogóle jakichkolwiek ścieżek. Na wszelki wypadek bierzemy ze sobą ręczny GPS ze wpisanymi do niego współrzędnymi miejsca gdzie powinny być źródła.

Droga jest długa, kamienista i uciążliwa. W końcu GPS pokazuje, że jesteśmy zaledwie 500 metrów od celu.
Niestety jest on na przeciwległym brzegu rzeki wypływającej z lodowca. Nie jest ona bardzo szeroka, może zaledwie 4-5 metrów, ale to zdecydowanie za daleko by próbować przeskoczyć, jak robiliśmy wcześniej. Głębokość nieco powyżej metra.
Na obu brzegach zalega jednak jeszcze sporo śniegu. Raczej nie ma co liczyć, że źródła ogrzały wodę.
Na Islandii przekonaliśmy się, że czasami lepiej nie próbować forsować tego typu rwących górskich strumieni, nawet samochodem terenowym. Tu nie mamy nic i forsowanie rzeki wpław byłoby szaleństwem. Niestety trzeba zarządzić odwrót.

Druga grupa nauczona naszym niepowodzeniem rusza pontonem i kajakiem na drugi brzeg. Część postanawia przejść lądem, cześć płynie jak najdalej się da w górę fiordu.
Niestety im również nie udaje się odnaleźć źródeł. W pewnym momencie padają baterie w jednej z UKF-ek. Grupy przez dobrą godzinę i nie mogą się porozumieć i odnaleźć. Później gdy się spotykają, jest już mało paliwa w pontonie. Wzmaga się wiatr i w fiordzie pojawia się fala.
Do źródeł jest wciąż daleko, a sił i czasu coraz mniej. Wracają.

Bockfjorden

wielorybnicy

Trudno w to uwierzyć, ale w przeszłości na północy Svalbardu było więcej ludzi niż teraz. Płyniemy do jednej z największych osad z XVII wieku - Smeerenburg na wyspie Amsterdamøya, na północno-zachodnim krańcu archipelagu.

Legenda mówi, że istniało tutaj prawdziwe miasto z kościołem, karczmami i domami “rozrywki” dla wielorybników. Podobno w sezonie wyspę mogło odwiedzać nawet 10 tysięcy żeglarzy. Najnowsze wykopaliska nie do końca to jednak potwierdzają. W latach świetności - w latach 1630-40 - w tej Holendersko-Duńskiej bazie wielorybniczej latem mieszkało i pracowało do 200 osób. Dwa razy tyle pracowało prawdopodobnie na około 15 statkach łowiących na okolicznych wodach. Na wyspie odnaleziono pozostałości 17 budynków w tym małego drewnianego fortu.

Do dziś niewiele z tego ocalało. Widoczne są jedynie czarne pozostałości pieców, gdzie kiedyś wytapiano tran i groby tych którzy nie zdołali wytrzymać trudów ciężkiej pracy w arktyce.

Osada zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Stada okolicznych wielorybów zostały szybko wytrzebione i łowić trzeba było coraz dalej od lądu. Ściąganie ciał wielorybów “do obróbki” na wyspę przestało się opłacać. W 1660 roku nikt już tu nie mieszkał.
Jednak polowania na wieloryby trwały przez cały XVIII i XIX wiek i trwają nadal. Dziś te majestatyczne zwierzęta są już rzadkością. Wraz z nimi zniknął prawdopodobnie cały bogaty ekosystem morski.

Łatwo oceniać naszych przodków i potępiać ich za spustoszenie jakiego dokonali w tutejszej przyrodzie. Z drugiej strony, czy tak bardzo różnią się od pracujących tu wciąż górników. Może bardziej zresztą przypominają pracowników platform wiertniczych, które już wkrótce mogą się w arktyce pojawić.
Tak jak wtedy, tak i teraz, liczy się często chęć szybkiego zysku i zapotrzebowanie na olej. Kogo jednak potępiać producentów, czy użytkowników?

Zresztą i my nie jesteśmy całkiem bez winy. Płynąc na jachcie wypatrujemy tych ogromnych majestatycznych ssaków w wodzie. Jednak w porcie szukamy ich także w menu lokalnych restauracji…
Przysłowie mówi Gdy jesteś w Rzymie, czyń jak rzymianie. Czy jednak rzeczywiście stek z wieloryba powinien być “atrakcją turystyczną”. Czy Norwegowie i Duńczycy powinni być traktowani jak rdzenna ludność dalekiej północy i powinny im przysługiwać jakieś inne prawa i przywileje w połowach. Kiedy polowania są częścią lokalnej kultury, a kiedy nie. Czy zresztą wszystkie elementy kultury warte są zachowania…

Odpowiedzi wydają się proste w domu, w Europie. Na dalekiej północy, nie są jednak tak jednoznaczne.

Smeerenburg - Amsterdamøya

stacja

Ponownie przechodzimy przesmyk pomiędzy Spitsbergenem, a Ziemią Księcia Karola. Tym razem trzymamy się brzegu Spitsbergenu.
Kaffioyra - Stacja Polarna Uniwersytetu Mikołaja Kopernika jest najdalej na północ wysuniętą polską stacją badawczą. W tym roku stacja obchodzi 40 lecie założenia.
Patrząc jednak na naszych gospodarzy trudno byłoby się tego domyśleć. Średnia wieku obecnej załogi stacji na pewno jest poniżej 30-stki. Mimo młodego wieku są to jednak osoby doświadczone. Z szóstki która spędza na stacji całe lato połowa była już na Spitsbergenie wielokrotnie.

Rozmawiamy o badaniach i otaczających nas lodowcach, ale także o wydarzeniach na świecie. Nam wydaje się, że jesteśmy od dawna odcięci od cywilizacji. Tutaj wiadomości sprzed dziesięciu dni są jednak wciąż świerze i nowe.
Stację oddzielają od reszty wyspy dwa lodowce i potężna czapa lodowa. Zimą można ją pokonać na skuterze śnieżnym, teraz jest ona jednak zbyt spękana. Jedyną komunikację ze światem mieszkańcy utrzymują dzięki przepływającym jachtom i jeszcze rzadziej odwiedzającym ich helikopterowi. W tym roku ma on pojawić sie tu po raz pierwszy dopiero za tydzień. Oczywiście jest telefon satelitarny, ale używany raczej jedynie do krótkich rozmów służbowych.
W co najtrudniej uwierzyć naszemu 13 letniemu członkowi załogi - nie ma tu internetu.

Zaskakujące jak szybko dwie grupy obcych i tak różnych sobie osób znajdują wspólny język. Po kilku godzinach wydaje się, że znamy się od dawna. Kolejne miejsce, gdzie chciałoby się pozostać dłużej, ale trzeba odpłynąć.

Kaffioyra

Rosja

Rejs powoli zbliża się ku końcowi. Mimo, że nie udało się opłynąć Spitsbergenu to zatoczyliśmy pewnego rodzaju koło. Wypływając, zaczęliśmy od opuszczonego rosyjskiego miasta górniczego. Wracając odwiedzamy jeszcze wciąż zamieszkały - Barentsburg.
Port nie robi najlepszego wrażenia. Pomost może jeszcze nie tak zniszczony jak w Pyramiden, ale ani wielkie opony, ani tzw. przystań dla jachtów nie wydają się zapraszać. Po zacumowaniu widać stare, drewniane i zniszczone budynki portowe. Dopiero po wdrapaniu nię na górę wysokiego nabrzeża widać właściwe miasto.

Całość sprawia dziwne wrażenie. Bloki są zamieszkałe i odnowione, ale przed jednym z nich wciąż wielki napis-pomnik z byłej epoki głosi Nasz cel - komunizm. Nie dalej niż 500 metrów od pomnika Lenina stoi cerkiew. Daleko widoczny jest budynek nowego konsulatu Rosji. Przed nim w pełni odnowiony drewniany budynek, który mógłby służyć za letnią siedzibę carów. Patrząc w druga stronę obok całkowicie zawalonego budynku stoi inny właśnie remontowany.
Na szkole freski namalowane tu w czasach świetności miasta są już nieco wyblakłe. Upływ czasu widać też na kompleksie sportowym z basenem. Budynek wciąż jednak imponuje rozmachem, zważywszy na liczbę mieszkańców, nawet tą z okresu największego rozwoju miasta. Dalej nowy budynek biurowy kompanii węglowej, odnowiony hotel, ale za nim budynki kopalni, w które trochę strach się zapuszczać.
Jedyne samochody to kamaz i chyba 30 letni autobus, oraz kilka nowych samochodów terenowych bez rejestracji.

barentsburg

Idziemy do baru spróbować trzech rodzai lokalnego piwa. Potem do budynku, który jest chyba lokalnym domem kultury, biblioteką i muzeum.
Muzeum sprawia wrażenie opuszczonego, ale zaraz pojawia się młoda dziewczyna i pyta, czy chcemy zobaczyć ekspozycję. Włącza światło i zostawia nas samych. Możemy nie tylko dotknąć wypchanych zwierząt i kości wielorybów, ale także wziąć do ręki autentyczny harpun wielorybnika.
Dużo eksponatów poświęconych jest pierwszym eksploracją Svalbardu przez Pomorców - ludności pochodzącej z Nowgorodu Wielkiego osiadłą nad brzegami Morza Białego, która już w średniowieczu wykształciła pewna odmienność językową i kulturową od reszty Rosjan.
Do dziś Rosjanie uważają, że pierwszymi odkrywcami dalekiej północy, w tym także Svalbardu, byli właśnie Pomorcy. Jak na ironię ostatnie zamieszkane przez Rosjan miasto na wyspie nosi jednak nazwę holenderskiego odkrywcy archipelagu.
Dziś mieszka tu już tylko 500 osób. O dziwo są to nie tylko Rosjanie, ale także Ukraińcy tak jakby przetrwał tu dawny duch bratnich narodów.

My także czujemy się tu bardziej swojsko. Na początku mieszkańcy nie są zbyt rozmowni. Unikają turystów z jachtu.
Gdy jednak próbujemy porozumieć się po rosyjsku, są bardziej życzliwi. Pokazują, że możemy nieoficjalnie podłączyć się do prądu. Później Wojtkowi uda się nawet kupić od lokalnych wędkarzy dwa duże dorsze.

Prawdziwym hitem jest jednak wieczorny występ w teatrze. Powoli zbieraliśmy się do odpłynięcia, gdy dowiedzieliśmy się, że wkrótce przypłynąć ma statek wycieczkowy, a dla jego gości zorganizowany zostanie występ lokalnych zespołów folklorystycznych. Statek pojawia się bardzo szybko i blokuje nasz jacht. Jego potężne cumy otaczają nasz mały przy nim jachcik z obu burt, a sam statek zastawia nad od rufy niczym wieżowiec.
Idziemy do sali teatralnej. Koncert dopiero się rozpoczął. Szybko siadamy w ostatnich rzędach.
Występują na przemian dwa zespoły. Pierwszy złożony tylko z kobiet to zespół tańca ludowego. Druga grupa gra i śpiewa zarówno utwory folkowe, jak i kowery współczesnych piosenek rosyjskich i zachodnich. Poziom obu zespołów jest zaskakująco wysoki. Jego członkowie to zwykli mieszkańcy miasta. Miasta, które gdzie indziej nazwalibyśmy pewnie wsią czy osadą.
Wokalistką jest dziewczyna z biblioteki, na gitarze gra barman. Nagle Barensburg nabiera kolorytu. Nagle okazuje się, że nie jest to tylko przyczółek imperialnej Rosji. Nie jest to także skansen, czy muzeum sowieckie.
Tak jak wszędzie na Svalbardzie mieszkają tu ludzie, których przygnała tu ciekawość świata, ludzie którym chce się robić coś co wykracza poza zakres ich codziennych obowiązków.

Barentsburg grupa

miejscowi

Kilka godzin i znów jesteśmy w Longyearbyen. Miasto tym razem nie zaskakuje. Wydaje się też jakoś bardziej szare, codzienne.
Odwiedzamy muzeum i odnajdujemy tzw. Polską Chatę, dom stanowiący rodzaj pierwszej bazy dla polskich wypraw naukowych na Svalbardzie. Poznajemy tu Marka Zajączkowskiego, profesora Instytutu Oceanografii do którego lepiej chyba jednak pasuje jego ksywa Traper. Słuchamy opowieści o zmianach jakie zaszły tu w ostatnich 30 latach, zarówno w mieście jak i w otaczającej przyrodzie.
Wieczorem pójdziemy do baru, bo tego właśnie dnia będzie po raz pierwszy w historii wyspy sprzedawane lokalne piwo.

Wszystko jednak toczy się już znacznie wolniej. Nigdzie się nie śpieszymy. Zdejmując kurtki i czapki - w końcu jest lato.
Powoli upodabniamy się tak bardzo do mieszkańców, że kolejna załoga JoinUs myli nas z nimi.

Czekając na samolot przychodzi refleksja, że przyjdzie nam jeszcze raz przeczytać “Białe” Ilony Wiśniewskiej. Tym razem wolniej. Ze zrozumieniem.
Teraz znamy już te miejsca i przynajmniej część z występujących tam postaci.

Na pewno przyjdzie nam jeszcze też wrócić na samą wyspę…

polska hata

Rejs na Spitsbergenie na przełomie lipca i sierpnia 2015 roku był jednym z etapów wyprawy polarnej Svalbard 2015 zorganizowanej przez JoinUs, na jachcie o tej samej nazwie.

Rejs był współorganizowany przez polonijny klub żeglarski SetSail, a wzięli w nim udział żeglarze z Anglii i z Polski.

załoga

W rejsie udział wzięli: (patrząc od lewej):

  • Mariola - II oficer
  • Wojtek - co-skipper
  • Piotr
  • Arek - skipper
  • Michał - syn skippera
  • Rafał
  • Mariusz “Zwierzak”
  • Tomek - co-skipper
  • Łukasz
  • Bernard

W czasie rejsu przepłynęliśmy 784 mil morskich - niestety głównie na silniku.

zdjęcia

Więcej zdjęć z rejsu dostępne jest w albumach:

trasa

Przesuń i/lub zoom-uj mapę jeśli wszystkie kursy jachtu nie sa widoczne.


post scriptum

W tym samym czasie co nasz rejs odbyła się wyprawa Sekstant Expedition na jachcie Barlovento II. Spotykaliśmy się wielokrotnie w Longyearbyen, Ny-Ålesund i Kinnvika. Kapitan Maciej Sodkiewicz nigdy do końca nie chciał zdradzić, gdzie płyną i jakie dokładnie są ich plany - może żeby nie zapeszyć.
W końcu popłynęli na północny-wschód docierając do 82°37’N powyżej Ziemi Franciszka Józefa, bijąc tym samym rekord żeglugi na północ jachtem sportowym.

Nam nie udało sie dotrzeć aż tak daleko, ale jak zauważył to Wojtek po rejsie, my też pobiliśmy swój rekord płynąc najdalej na północ w swoim życiu. Zdobyliśmy swój własny, prywatny biegun północny.

Jak sie okazuje można jednak dalej. Będzie więc po co wracać.

3 polskie załogiw Longyearbyen



ładuję komentarze...