Kraina tysiąca wysp i jednej nocy

http://stryjski.net/kraina-1000-wysp-i-1-nocy-cz4/

Poniższy tekst jest czwartą częścią relacji z rejsu Trondheim - Lofoty - Bodø, maj-czerwiec 2015., który był etapem wstępnym wyprawy Svalbard 2015 na jachcie JoinUs.

Pozostałe części relacji:

  1. Trondheim
  2. Austrått - Kjeungskjær
  3. Rørvik, Torghatten
  4. koło podbiegunowe, Holandsfjorden, Værøy
  5. Reine, Bodø

koło podbiegunowe

piątek, 29 maj 2015

0700 - 66°33′45.8″N
Po całej nocy żeglugi wreszcie zbliżamy się do koła podbiegunowego. Najpierw mijamy pomnik w kształcie globusa ustawiony na małej wysepce. O dziwo znajdujemy się tam w tym samym czasie co prom turystyczny mimo, że od godzin nie widzieliśmy żadnego innego jachtu, czy statku na horyzoncie.
Statek używa swojego donośnego sygnału dźwiękowego by oznajmić nam i wszystkim swoim pasażerom, że jesteśmy w Arktyce. Tak jak i u nas, tak i na promie wszyscy wychodzą na pokład by podziwiać widoki, zrobić fotkę, zupdateować status na Facebooku - tak na “końcu świata” jest w miarę dobry zasięg telefonów i internetu.

Faktycznie koło podbiegunowe jest kilka mil dalej. Cyfry na GPS powoli się przesuwają i w końcu pojawia się magiczna cyfra 66°33′45.8″N. Cała załoga uczciła ten moment szklaneczką najlepszego wina jakie jeszcze mamy na pokładzie.

0900
Przepływając koło małych wysepek, Kuba który akurat jest na wachcie, zauważa stado ptaków nurkujących do wody. Autorytatywnie ogłasza, że to dobry znak i musimy tu łowić.
Stajemy w dryfie. Połów rzeczywiście okazuje się pomyślny. Po nieco ponad godzinie mamy 5 sztuk, w tym jedna którą załoga nazwała “spawacz”.
Robert który łowił w Norwegii już wcześniej rozpoznaje rybę jako brosman, ale oficjalna nazwa raczej się nie przyjęła. Załoga wciąż głośno zastanawia się jak byłoby najlepiej przyrządzić “spawacza”.

Holandsfjorden - lodowiec

1400 - Holandsfjorden
Wpływamy do fiordu Holandsfjorden na którego końcu znajduje się lodowiec Engabreen. Lodowiec schodzi w tym miejscu prawie do samego morza, a w zasadzie do jeziorka polodowcowego powstałego pomiędzy brzegiem zatoki, a czołem lodowca.
Lodowiec wydaje się być na wyciągnięcie ręki, jednak wspinaczka zajmuje nam ponad godzinę. Każdy idzie w swoim tempie i każdy nieco inną trasą, gdyż nie ma tu wytyczonego szlaku, a na gładko obrobionych przez lodowiec skałach trudno byłoby wypatrzeć jakakolwiek ścieżkę. Gdzieniegdzie widać co prawda kilka cairns - stożków ułożonych z kamieni często spotykanych w krajach skandynawskich - ale są one bardzo małe i raczej upamiętniają czyjąś, zapewne tegoroczną wizytę, a nie pokazują drogi.
Podchodząc bliżej zaczynamy zdawać sobie sprawę z wielkości lodowca. Widziany z dołu jęzor wydawał się mały. Z bliska okazuje się ścianą lodu o wysokości piętrowego domu.
Na miejscu możemy też w pełni docenić piękno jego kolorów. Lód jest w jednym miejscu przeźroczysty, w innych nabiera kolorów od białego do ciemno niebieskiego. Odważniejsi wchodzą do lodowej groty.

Naturalnie ukształtowane kostki lodu wręcz proszą się o wrzucenie go do jakiegoś drinku. Niestety mały norweski limit na wwożony alkohol i wysokie ceny sprawiły, że nie mamy już whisky na pokładzie. Skandynawska prohibicja dopadła nas w naj mniej odpowiednim momencie…

Holandsfjorden - grota lodowa

sobota, 30 maj 2015

1400 - Værøy
Po 20 godzinach żeglugi w końcu dochodzimy do Værøy. Jesteśmy na Lofotach!
Po tej stronie Vestfjord - raczej zatoki, a nie fiordu oddzielającej Lofoty od kontynentu - wiatr i fale są znacznie większe niż, gdy zaczynaliśmy 16 godzin temu. Cel naszej dzisiejszej żeglugi jest już na wyciągnięcie ręki, ale trzeba jeszcze znaleźć miejsce gdzie staniemy. Najpierw wchodzimy do mniejszego portu Røssnesvågen polecanego w locji.
Tam, miedzy kutrami, nie znajdujemy jednak odpowiedniego miejsca do którego można by przycumować. Nie do końca rozumiem też dlaczego to miejsce było opisane przez autorów jako bardziej atrakcyjne.
By zawrócić musimy wykonać tzw. ciasną cyrkulację czyli obrót jachtu o 180 stopni w miejscu. Manewr ten nie jest łatwy do wykonania naszym 20 tonowym stalowym jachtem przy silnym bocznym wietrze. Wysoka burta i nadbudówka działają wtedy niczym żagiel, którego jednak nie da się zrefować.
Wychodzimy na pełne morze tylko by zawrócić i wejść ponownie tym razem do dużego portu Sørlandsvågen. Wejścia obu portów/zatok połozone sa obok siebie i przy lepszej pogodzie moglibyśmy przejść tuż obok falochronu i latarni skracając sobie drogi, ale teraz lepiej nie ryzykować.
W Sørlandsvågen jest o wiele więcej miejsca. Jest tez kilkanaście przystani dla mniejszych i większych kutrów. Przystań dla jachtów odnajdujemy jednak dopiero na końcu zatoki stanowiącej naturalny port. Tu jest znacznie płycej, ale 3 metry przy niskiej wodzie są dla naszego jachtu o zanurzeniu 2m 20cm wystarczające.
Dodatkowy falochron, tyczka oznaczająca podwodna skałę, bojka cumownicza dla mniejszej jednostki i znów robi się ciasno dla naszego 46 stopowego jachtu. Do tego wciąż wieje silny wiatr.

Rozdzielamy zadania: dwie osoby przygotowuja sie do desantu na pomost, dwie inne będą rzucały im cumy, ktoś czyta odczyt głębokościomierza, inni chronią burty odbijaczami. Wchodzimy relatywnie szybko by do końca nie stracić sterowności. W ostatniej fazie manewru cała wstecz. Jeszcze przez chwilę inercją jacht płynie do przodu, potem staje i w końcu burtą zostaje dopchnięty do pomostu przez wiatr.
Stojąc tak jak teraz zajmujemy większą część pomostu. Trzeba zdjąć ponton zawieszony na rufie by móc się nieco wycofać bo blokujemy czyjeś prywatne miejsce na jego końcu. Jacht nie chce odkleić się od pomostu i przesunąć do tyłu, ale w końcu przy pomocy całej załogi, żeglarzy z sąsiedniej jednostki i silnika przesuwamy się o kilka metrów.

stockfish

1700
Po porannej pogodzie ani śladu. Teraz świeci słońce. Wiatr praktycznie całkowicie ucichł. Czas na zakupy i eksploatację wyspy. Miejscowość ukazuje nam swój surowy prawdziwie arktyczny urok. Surowy klimat konserwuje tu wszystko. Najciekawszym znaleziskiem będzie zaparkowany przed jednym z domów mały fiat. Wydaje się, że wciąż jest sprawny i używany przez właścicieli.
Pomiędzy domami a portem widać też i inne rzeczy. palety, stary sprzęt budowlany i inne bliżej nie zidentyfikowane wytwory cywilizacji. W innym klimacie wszystko to zniknęłyby w gąszczu zieleni. Tu widoczne są nawet po latach, tak jakby ktoś je wyrzucił dosłownie przed chwilą.

Tym co rzuca się nam pierwsze - i to raczej w nozdrza a nie w oczy - jest jednak stockfish. Suszące się na wietrze i słońcu dorsze rozwieszone są dosłownie wszędzie. Na osobnych sojakach suszą się też rybie głowy. Widok tysięcy głów powiązanych razem jest dość makabryczny, lecz bardziej odrażający jest jednak ich zapach. O dziwo tak spreparowane rybie głowy znajduja swoich amatorów. Z dalekiej północy eksportuje się je do Zachodniej Afryki, gdzie przyrządza się z nich “tradycyjną” zupę. Do widoku, a nawet zapachu można się dość szybko przyzwyczaić, ale założone wtedy ubrania przesiąkną tak silnie, że zapach “dojrzewającego dorsza” będziemy czuć aż do powrotu z rejsu.

Wejście na najbliższe wzgórze wynagradza jednak wszystko. To dla takich widoków tu jesteśmy.

2200
Cześć załogi, nie chcąca kąpać się w mini łazience na jachcie, wyrusza na poszukiwania “prawdziwego” prysznica na lądzie. Wcześniej znaleźliśmy wydawałoby się całkowicie opuszczony, ale otwarty hotel. Nie odważyliśmy się jednak korzystać z łazienki bez pytania.
Na nasze nawoływania i dzwonki odpowiedziała w końcu chyba jedyna para gości. Dostajemy telefon do właścicielki. Niestety nie możemy skorzystać. Podobno prysznice są tylko w pokojach, choć nam wydawało się inaczej…
Inne miejsce wskazała nam nasza rodaczka pracująca w lokalnym sklepie. Tu mamy większe szczęście.

Wracając już około północy wciąż spotykamy ludzi. Jedna osoba kosi nawet o tej porze trawnik.

Værøy

Pozostałe części relacji:

  1. Trondheim
  2. Austrått - Kjeungskjær
  3. Rørvik, Torghatten
  4. koło podbiegunowe, Holandsfjorden, Værøy
  5. Reine, Bodø

Zobacz więcej zdjęć z rejsu:



ładuję komentarze...