Svalbard 2015

http://stryjski.net/svalbard-2015/

Gościnny post Kasi Stefanow z etapu wyprawy Svalbard 2015 na jachcie JoinUs w sierpniu 2015.

21 sierpnia, piątek

Pierwsze wrażenie? Inny świat, inna planeta. Oczy pieką, bo jest już północ, ale słonce świeci. Dlaczego te góry mają zupełnie płaskie szczyty, jak odcięte cukierniczym nożem? Poza nimi nie ma jednak nic słodkiego w tym księżycowym krajobrazie wokół. Powietrze jest rześkie i niezwykle przejrzyste, a autobus pełen turystów pędzi pustą, jasną ulicą w dół. Po drodze przejeżdżamy przez centrum. Jest tu szkoła, jest centrum kultury, jest i salon Toyoty. Starej, wykutej w zboczu góry kopalni – szybu św. Mikołaja nie powstydziłyby się tolkienowskie krasnoludy. W hostelu zasypiam o drugiej w nocy. Przy zasłoniętych oknach jest na tyle ciemno, że tylko w niewielkim stopniu można rozróżnić kolory. To już coś!

plaskie_gory Płaskie szczyty w oddali widoczne z płyty lotniska.

22 sierpnia, sobota

Czas wyjść i poszukać łódki. Spotkany wczoraj w samolocie Kuba – skipper poprosił, by zająć się niektórymi zakupami dla załogi i kupić parę zamówionych wcześniej drobiazgów dla Polskiej Stacji Badawczej Calypso. Marcin i Jakub maja zamiar zamontować ster wewnętrzny. Mam nadzieję, że im się uda, bo pogoda nie zapowiada się już tak ciepło jak miesiąc temu. W tej chwili jednak jest przepięknie: błękitne, prawie bezchmurne niebo i słońce świeci, jak przystało na sierpień, ale od strony Islandii idzie niż, wieczorem ma już poważnie wiać i padać.

poranek_w longyear_w_drodze_na_lodke

przedwyjazdowe_manewry

przedwyjazdowe_manewry

Przyjeżdża reszta załogi: Yogi (jako jedyny był tu już kilka dni wcześniej), Bożena, Kasia, Wojtek, Krzysiek, Piotr W, Piotr K i Radek. Będzie wiec nas pełna chata. Idziemy do lokalnego pubu, gdzie maja bardzo przyjemny Pale Ale, smaczne i lekkie piwo pszeniczne oraz ogromny wybór whisky i koniaków. Tłum jest tak duży, ze aż dziwne. W knajpie pracują Norwegowie i Ukraińcy. Spotkana para z Oslo powiedziała nam, że wszyscy przyjeżdżają do Longyear na imprezy i konferencje, bo alkohol jest dużo tańszy niż na stałym lądzie.

23 sierpnia, niedziela

Chyba wszyscy niewiele śpią, podświadomie czekając na zmierzch, który nie nadchodzi. Mimo tego, że codziennie mamy 24 godziny słońca do wykorzystania mam wrażenie, że brakuje czasu. Bez zmiennego rytmu dnia i nocy dni zlewają się w jeden niekończący się ciąg wydarzeń. Trochę jak bardzo długi, ale przykuwający uwagę film. Wciąż wszystko jest nowe i powoli zaczynam dostrzegać więcej: inne światło, nowy układ chmur i mgieł, nowe dźwięki pobliskiego małego wodospadu, którego wczoraj jeszcze nawet nie słyszałam.

Wczesnym popołudniem zaczynamy safety briefing i pływanie w skafandrach ratunkowych, tak by każdy wiedział jak się w nich poruszać w wodzie, która ma 4 - 6 stopni C i jak wdrapać się w nich na ponton i do kajaku. Skafandry przypominają stroje Pi i Sigmy ze starego programu dla dzieci. Są szczelnie dopasowane wokół głowy, nadgarstków i mają stopki. Są też piekielnie pomarańczowe. Niektórzy mieli nieszczęście, jak Radek, ubrać wersję dziurawą, co skończyło się zupełnym przemoczeniem.

grupa_bablowcowa

bable_w_szyku

Było bardzo wesoło, a Krzysiek kręcił film dronem, którego dźwięk przypominał stado wściekłych os. Svalbard takich dźwięków w naturze raczej nie słyszy. Okazało się, ze wdrapanie się w tym ubranku do pontonu nie jest rzeczą prostą, a kajak to też nie lada wyzwanie. Po trzech godzinach, kiedy każdy już wypływał i wykąpał się do woli, wyleźlilśmy z wody, a na wszystkich czekała gorąca herbata z limonką i chorwacka śliwowica. Suszenie skafandrów zajęło nam czas do rana. Prawie przestało padać i zupełnie nie wieje.

24 sierpnia, poniedziałek

Longyearbyen to miasto, które wygląda jakby było zbudowane z kontenerów i tylko na chwile. Jakby ktoś przyszedł, porozrzucał trochę maszyn tu i ówdzie, postawił parę prowizorycznych domów, by przez chwilę wydobywać tu węgiel, ale nie zamierza zostać na dłużej.

Jedyny sklep spożywczy w LY otwierają o 10 rano. Na zakupach schodzi nam czas do południa, potem sztauowanie zapasów. Od pływającego pontonu odchodzimy o 16 we mgle i drobnej mżawce. Taka pogoda, z niewielkimi przerwami utrzyma się do wtorku. Idziemy na silniku, bo mimo najlepszych chęci żagle nie dają rady przy wietrze prosto w dziób. Przed nami pierwszy lodowiec w Isfjordzie.

lodowiec

lodowiec

Moja wachta z Krzyśkiem i Pawłem (Yogim) zaczyna się o 8 wieczorem. Niebo się trochę przejaśnia i przestaje padać. Marzniemy razem, gdy nagle na lewej burcie coś się pojawia – delfiny. Wyskakują z wody synchronicznie, po kilka sztuk. Po chwili widzimy je po drugiej stronie, a potem przed dziobem. Nie wiadomo jak duże jest stado, ani jaki to dokładnie rodzaj delfina, ale są i wszyscy się cieszymy.

25 sierpnia, wtorek

Płyniemy na południe, do Hornsundu, pierwszego fiordu, na który trafiają przybywający z południa. Nazwę nadał mu w XVI wieku angielski wielorybnik Jonas Pool, który po dobiciu do brzegu, znalazł poroże zrzucone przez renifera (ang. horn). Wpływamy do fiordu i kotwiczymy. Jest około 9 wieczorem i dość mgliście. Wywołana wcześniej przez radio Polska Polarna Stacja Badawcza zaprasza na brzeg. Zabieramy przygotowane prezenty i leki dla psów i wodujemy ponton. Stacja jest bardzo okazała, cała w drewnie i bardzo ciepła. Nie wszystkie stacje mają to szczęście. Latem przebywa w niej ponad 30 osób, a miejsc jest chyba jeszcze więcej. Na zimę, podczas tej XXXVIII wyprawy zostanie 11. Polarnicy przyjmują nas życzliwie. W lipcu mieli przybyszów praktycznie codziennie, więc trochę znużyli się gośćmi, ale teraz, pod koniec sierpnia, intensywność wizyt zmalała i mieszkańcy są chętni do rozmowy. Oglądamy zbiory i zdjęcia, słuchamy czym się zajmują. Zwiedzamy z Krzyśkiem stacyjną elektrownię. Dwa olbrzymie generatory produkują prąd dla całego kompleksu, ogrzewają ją i dostarczają ciepłą wodę. Jutro w stacji jest zwyczajny dzień pracy i kilka osób wybiera się mapować lodowiec wiązkami lasera - określają jego grubość, to jak się cieli, jak tworzą się i zmieniają w nim szczeliny. Obraz 3D jest bezpośrednio przekazywany do komputera. Dostajemy zaproszenie, by wybrać się z nimi. Umawiamy się na 9 rano. Czeka nas godzina marszu do lodowca.

hornsund_stacja_polarna

26 sierpnia, środa

Zostaję na łódce razem z Bożeną i Kubą. Sprzątamy, ogarniamy siebie i jacht, odpoczywamy. Pogoda jest doskonała, niebo absolutnie bezchmurne, świeci słońce, cały pokład wysechł. Dobra pogoda powoduje intensywniejsze cielenie się lodowców. W ciszy słychać dźwięki przepływającej obok kry. Przypomina mi to trochę strzelające w kominku polana. Kra skrzy się w mocnym słońcu i “skwierczy” topniejąc i rozpadając się na coraz mniejsze kawałki.

idealna_pogoda kr hornsund

Bożena postanawia umyć głowę w tradycyjny sposób czyli przy użyciu wody, a nie spray’em. Dołączam do niej. W tym słońcu i cieple nasze czuprny wyschną bardzo szybko. Wokół jest tyle kry, że woda wygląda jak wanna pełna lodu. Co ciekawe Hornsund to prawdopodobnie jest wyspa, nie fiord. Lodowiec spinający dwie części lądu jest zawieszony nad wodą, bez podłoża. Miał nosa Pool nazywając to miejsce cieśniną. Płyniemy obejrzeć fiord.

arktyczne_wakacje

growler_hornsund

hornsund

hornsund

hornsund slonce

hornsund slonce

27 sierpnia, czwartek

Po drodze do Calypso, letniej bazy naukowej uniwersytetu lubelskiego, spotykamy małego wieloryba (jakieś 5-8 metrów długości). Na miejscu panują zdecydowanie inne warunki niż na Hornsundzie. Główne wnętrze ogrzewane jest kozą i nie ma nawet toalety. Na drewnianych ścianach wszędzie rozpięte są mapy okolicy, wiszą zdjęcia i pamiątki. Całość przypomina nieco górską bacówkę. Rano wewnątrz potrafi być zaledwie kilka stopni, a wtedy wszyscy zbierają się wokół kozy, najcieplejszego miejsca. Mówią, że co rano uprawiają “kozing”. Kilka niepozornych w porównaniu z południem domków to tak naprawdę norweski skansen znajdujący się pod opieką Polaków. Umowa zawarta między Norwegami a naukowcami nie jest oficjalna. Wystarczy, że ci ostatni opiekują się tym miejscem od lat. Teoretycznie każdy może tu przebywać, ale naukowcy zawsze najpierw pytani są o zgodę.

calypsobyen

toaleta_calypso

memento_mori

Ekipa stacji opowiada o cieleniu się lodowców, ich szarżach i efekcie cieplarnianym, do którego podchodzą raczej sceptycznie. Wszystko podporządkowane jest badaniom. Naukowcy stworzyli nawet małe laboratorium w jednej z chat. Trzymają w nim próbki podłoża, zebrane pyłki roślin, młode pędy. Niedawno znaleźli niezidentyfikowany kwiat. Są przekonani, że przypłynął z turystami, ale jeszcze nie wiedzą skąd.

28 sierpnia, piątek

Płyniemy na północ do Kaffiory. Tu czekają na nas doktoranci z Torunia. Dno zatoki pokryte jest wodorostami i mamy mały problem z zakotwiczeniem. W oddali widać lepszą zatoczkę, ale zawalona jest krą z cielącego się w pobliżu lodowca. Byłoby zbyt trudno dopłynąć do lądu, a poza tym istnieje ryzyko, że lodu przyjdzie więcej i utkniemy. Kotwica chwyta za piątym razem i ekipa powitalna desantuje się na ląd. Po jakimś czasie odzywa się radio. Dostaliśmy propozycję trekkingu w głąb lądu i w okolice lodowca. Szybki obiad i pozostała część załogi opuszcza jacht. Zostaje wachta kotwiczna. Góra, na którą się wybieramy wydaje się dość niedaleko. Po 40 minutach marszu przez tundrę czyli po terenie, na którym grzyby są większe od drzew, zmieniamy zdanie. Powietrze jest tak przejrzyste, że wszyscy ulegamy złudzeniu odległości. Rozdzielamy się i część grupy idzie oglądać i filmować lodowiec z pobliskiego wzniesienia. My idziemy w okolice czoła lodowca. Tam będziemy musieli poczekać na resztę ekipy, która ma ze sobą tylko flary do odstraszania niedźwiedzi polarnych. My, ponieważ będziemy niżej i bliżej lodowca, zabieramy ze sobą broń. Jest odpływ i kry leżą na brzegu. Kasia, nasza bazowa przewodniczka opowiada o rodzajach wód wypływających z lodowca. Sub-, in- i supraglacjalne rzeki przecinają go z każdej strony. Lodowiec żyje, pracuje. W czasie, gdy go oglądamy cieli się kilkukrotnie. Jedno z tąpnięć jest całkiem silne. Słychać charakterystyczny huk i Kasia zarządza odwrót na bezpieczną odległość. Zaraz przypłynie fala - małe tsunami - i zaleje obszar, na którym teraz stoimy. Mamy już ze sobą drona i udaje się sfilmować całą sytuację. Wypływamy wieczorem. Chcemy zdążyć przed niską wodą przejść wąski przesmyk między Spitsbergenem, a Wyspą Księcia Karola. Jesteśmy w drodze do Ny-Alesund.

29 sierpnia, sobota

Nad ranem wpływamy do najbardziej na północ wysuniętego miasteczka na świecie. To zdecydowanie nie jest jeszcze jedna mała miejscowość. To międzynarodowa stacja badawcza. Mieszka tu od 30 osób zimą, do około 150 latem. W osadzie praktycznie nie istnieje obrót pieniędzmi, bo naukowcy opłacani są głównie z grantów. Jest jedna wspólna stołówka, a prawie każdy budynek, to naukowa stacja badawcza jakiegoś kraju. Dla turystów otwierany jest sklep z pamiątkami.

Pada deszcz, kiedy dopływamy do pontonu, a gdy stajemy na cumach zamienia się w drobny śnieg. Chwilę później sypie już na całego. W parę osób wychodzimy na szybki rekonesans. Wszyscy czujemy się jak w grudniu przed świętami. Spadł już chyba centymetr świeżego śniegu. Ny-Alesund wygląda pięknie całe w bieli. Góry i lodowce w oddali toną we mgle. Kolor nieba zlewa się z kolorem wody. Na horyzoncie fosforyzują błękitem małe góry lodowe.

ciuchcia

snieg_na_sciezce

mgla_w_ny_alesund

Mgła schodzi koło południa. Wysoko w górach śnieg się jednak nie topi. Jak wszędzie tutaj widoczność jest doskonała. Biel, błękit morza i małe miasteczko położone w polodowcowej dolinie jest niespodziewanie piękne. Wychodzimy na szybki spacer po okolicy. Możemy chodzić tylko po wyznaczonych ścieżkach. Tundra jest pod ochroną i tylko naukowcy mogą dostać pozwolenie na jej deptanie. Krajobraz przypominałby nieco alpejską dolinę, gdyby nie pozostałości po starych sztolniach. Nie wiadomo norweskich czy rosyjskich.

Ny_Alesund

kopalnie_ny_alesund

prawie_jak_w_alpach

Wszyscy są w dobrych humorach, być może dlatego, że wieczorem czeka nas impreza w jedynej tutaj kawiarni-knajpce. Miejscowi też się cieszą, że na imprezie spotkają kogoś z zewnątrz.

Wszytko zaczyna się koło 21. Ściągamy buty przed wejściem i w samych skarpetach wchodzimy do ciepłego, drewnianego wnętrza. W środku jest jeszcze niewiele osób, ale tłumek szybko gęstnieje. Wszyscy rozmawiają, piją super tanie drinki i zaczynają tańczyć. Na całego imprezę rozkręca Wojtek i Kasia z naszej załogi. Spotykamy też Wojtka (Łojtka), którego Ilona Wiśniewska opisała w “Białe”. Opowiada nam o trapowaniu, organizowaniu wypraw dla naukowców i logistyce miejsca. Wracamy koło 4 i po krótkim afterparty na jachcie idziemy spać. Jutro wstaniemy dopiero w południe.

30 sierpnia, niedziela

Wypływamy wczesnym popołudniem. Wieje rzadko spotykany północno-wschodni wiatr. Dość silny, 5-6 w skali Beauforta. To niż, który zahacza o okolice Ny-Alesund. Chcemy dotrzeć do Danskoya i Virgohamny, zatoki, z której duńscy podróżnicy chcieli w XIX wieku zdobyć Biegun Północny lecąc balonem.

Steruję, gdy nagle zauważam niepokojący dym wydobywający się z rufy. Czy jest tak zimno, że unosi się tyle pary wodnej? Niestety, okazuje się, że to chłodzenie silnika. Musimy go wyłączyć. Radek razem z Kubą i Piotrkiem zabierają się do jego naprawy. Stajemy w dryfie, całe szczęście w miejscu, w którym kolejny lodowiec zasłania cały wiatr. Paweł W. wyciąga książkę o silnikach, którą przywiózł ze sobą Kuba. Udaje się po trzech godzinach. Mamy szczęście i super załogę! W przeciwnym wypadku musielibyśmy zawrócić do Ny-Alesund i dokonać naprawy w porcie.

31 sierpnia, poniedziałek

O 6. rano jesteśmy w Magdalenfiorden. To podobno jeden z najpiękniejszych fiordów w okolicy. Wygląda pięknie, ale Hornsund był o wiele bardziej imponujący. Może to wczesna pora, a może 55 węzłów wiejące w wąskim kominie fiordu sprawia, że nie robi na mnie aż takiego wrażenia. Jest trochę jak fiord w pigułce. Niewielki, o wielu ostro zakończonych szczytach. Ma nawet kawałek plaży, ale cóż z tego, skoro wszystko zawalone jest spływającą z lodowców krą.

Siła wiatru nie pozwala nam na desant pontonem. Robimy kółko wewnątrz Magdalenfiordu i wracamy po drodze mijając pierwszy tego dnia wycieczkowiec. On też nie da rady wysadzić swoich pasażerów na brzeg.

Przed nami decyzja czy płynąć dalej na północ walcząc z tym niesprzyjającym i silnym wiatrem czy zacząć spływać na południe i pocieszyć się trochę żeglowaniem, które do tej pory było praktycznie niemożliwe. Może gdyby nie mgła i deszcz, które widzimy rozpościerające się nad Danskoya i Amsterdamoy popłynęlibyśmy jeszcze nieco wyżej, a tak zawracamy by po chwili postawić sztormowego foka. (wciąż dość mocno wieje).

Do wieczora będziemy płynąć około 7 węzłów przy wspaniałym słońcu i prawie bezchmurnym niebie. Prawdziwe arktyczne wakacje.

1 września, wtorek

Wczoraj wieczorem stanęliśmy w Engelskbukta - zatoce anglików. Ta odwdzięczyła nam się wspaniałym zachodem słońca, po raz pierwszy porządnie widocznym księżycem i bawiącymi się przy brzegu fokami. Wcześnie rano paru chłopaków zdesantowało się pontonem i, jak już wielokrotnie podczas tej podróży, wypuścili drona i sfilmowali okolicę. Żartujemy, że bez drona nigdy już nie popłyniemy w żaden rejs. Zdjęcia z podróży, to zdecydowanie za mało. :)

engelskbukta_ksiezyc

Dziś płyniemy do Barentsburga - pozostałości po radzieckiej Rosji, który wygląda na zupełnie opuszczony. Nabrzeże jest drewniane i dziurawe. Zewsząd wystają metalowe pręty zbrojenia. Do nabrzeża przymocowane są opony. Kiedy udaje nam się zacumować, do jachtu podchodzi mężczyzna i zabiera część załogi na wycieczkę. Ja z paroma osobami idziemy osobno. Każdy z nas ma dziwne deja vu. Nie to, żeby już kiedyś tu był, ale różne architektoniczne rozwiązania, a raczej ich brak sprawia, że czujemy się tu bardzo swojsko. Co ciekawe, jest tu pełno trawy, a to nie zwyczajne zjawisko na Svalbardzie. Dostrzegam nawet mniszka lekarskiego, a to z pewnością nie jest arktyczna roślina. Skądinąd wiem, że Rosjanie zwieźli do Barentsburga tony ziemi i nasion traw, które o dziwo przyjęły się w tym niesprzyjającym terenie. Wygląda na to, że stare, ledwo żyjące miasteczko jest oazą zieleni w białej i brązowej Arktyce.

Po kolei oglądamy skwer z drewnianą sceną i wyłożony wielkimi betonowymi płytami plac przed nią, zdrewniałe kości wieloryba i dziwną konstrukcję z silnikiem i skrzydłami, która przypomina nieco fantastyczne pojazdy z komiksów o Tytusie Romku i A’Tomku. Przechodzimy dalej do małej cerkiewnej, drewnianej kapliczki, w której wciąż można zapalić świeczkę, a jeśli się chce to zadzwonić do opiekuna, by po niej oprowadził. W końcu stajemy na placu, nad którym góruje głowa Lenina, a napis na pobliskim budynku obwieszcza światu, że komunizm jest celem mieszkającej tu społeczności.

barentsburg_cerkiew

widok_na_cerkiew

Barentsburg położony jest na zboczu. Z nabrzeża do góry prowadzi masa zniszczonych schodów z poręczami, które tworzą dziwne labirynty, niekiedy kończące się pustką w miejscu zmurszałych i zapadniętych budynków.

barentsburg_schody

W świetle olbrzymiego w tej chwili księżyca wszystko wygląda nierealnie; pozostałość po państwie, którego wielkość bezpowrotnie minęła. Wszystkim nam się wydaje, że znaleźliśmy doskonałą scenografię do filmu o wampirach i wilkołakach.
Tak właśnie myślę o ludziach, których mijamy od czasu do czasu. Jest wprawdzie środek nocy, ale jutro rano gdy wybierzemy się do sklepu z pamiątkami, nie spotkamy ich dużo więcej. W Barentsburgu harbour masterem jest pani z hotelowej recepcji. Jak na miejscówkę bez prądu i wody to bardzo drogie miasteczko.

barentsburg

2/3 września, środa/czwartek

Wypływamy i około 10 wieczorem rzucamy kotwicę w okolicach Borebukta. Plan jest taki, by zrzucić kajak i żeby każdy, kto chce mógł podpłynąć blisko czoła lodowca. Najbardziej niecierpliwie czeka na to Yogi. Najpierw jednak w wypornościowe kombinezony pakują się Bożena i Wojtek. Wypływają kajakiem i nie ma ich przez 3 godziny. Są oczywiście w stałym kontakcie z jachtem, ale ten czas uświadamia nam jak duża odległość dzieli nas od lodowca (2 mile) i jak dużo czasu potrzeba na jej pokonanie przy niewielkim przecież zafalowaniu. Paweł W. wpada na pomysł, by odpalić dingy. Tak, to dużo atrakcyjniejsza alternatywa. Popłynę z nim, kiedy już uda nam się wyprawić Yogiego i Kubę w drugim rzucie.

barentsburg

Zmarznięci wracamy z “przejażdżki” po jakichś 2 godzinach, praktycznie równocześnie z drugą załogą kajaka. Spotkaliśmy się pod lodowcem i zrobiliśmy sobie na wzajem parę zdjęć. Teraz napijemy się jeszcze czegoś mocnego i ciepłego i ruszymy do miasta duchów - do Piramidy.

Tu dopiero mamy poznać, co znaczy opuszczone miasto. Ludzie ostatecznie wyjechali z Piramidy w 1998 roku i od tamtej pory miejscowość świeci pustkami.

Piramida wita nas już przy wejściu. To wielka, schodkowo zakończona góra, od której miejsce wzięło swoją nazwę. Mocny, dopychający wiatr nie pozwala nam stanąć od środka pomostu. A sam pomost przypomina jeszcze gorszą wersję tego w Barentsburgu - wystające druty, stare drewno i przyczepione na zardzewiałych linach opony. W oddali widzimy jadący ku nam samochód. Może zbliża się, by nam pomóc i odebrać od nas cumy, w tych niesprzyjających warunkach? Nie, jednak nie. Kiedy udaje nam się zacumować za drugim razem, pojawia się Sasza, w stroju jak z ubiegłej epoki. Niestety, nie może być naszym przewodnikiem, jest dzisiaj zbyt zajęty. Ale oczywiście możemy zwiedzać sami. Możemy się przejść po mieście i wstąpić do hotelu. Wejście do innych budynków jest zabronione, mówi nam Sasza, jakby z lekkim uśmiechem.

Piramida - zwiedzanie

Piramida - zwiedzanie

Piramida - zwiedzanie

pomost

Miasto znajduje się na lewo, patrząc z pomostu. Na prawo budynki fabryczne, te zwiedzamy najpierw. Piramida okazuje się bardzo rozległa i doskonale zachowana. Jak w Barentsburgu jest bardzo zielono, ale budynki wyglądają tak, że można by było się do nich wprowadzić. Większość z nich rzeczywiście jest zamknięta, ale udaje się nam wejść do starego Domu Kultury, który okazuje się stołówką. W podziemiach znajduje się olbrzymia kuchnia i łazienki, a na piętrze ogromna, wyłożona boazerią sala balowa, z ladą, z której pewnie serwowano posiłki. Paweł W. serwuje z niej wszystkim czekoladę.

trawa_i_piramida

Na zewnątrz wieje i pada bardzo drobny śnieg, ale środek miasta jest spokojny. Budynki zostały tak zorganizowane, że główna ulica jest przez nie chroniona od wiatru jak przez przeciwwietrzne ekrany. Nieco już zmęczeni trafiamy do hotelowego baru, w którym pani w super-wykrochmalonym czepku częstuje nas wspaniałą solanką i pielmieni. Znakomite jedzenie, trochę piwa i sklep z pamiątkami przyjemnie rozgrzewają. Kubie udaje się porozmawiać z Saszą i namówić go, by pokazał nam stary basen. Super wiadomość. Rosjanie lubią, kiedy mówi się do nich w ich języku (a kto nie lubi?), a skipper mówi dobrze i może dzięki temu wycieczkę, która kosztuje 800 koron od osoby mamy za darmo.

Oglądamy olbrzymi, stary basen, a następnie potężny dom kultury. Wg googla w czasach świetności w Piramidzie mieszkało około tysiąca osób, chociaż Sasza podawał dużo wyższa liczbę. Trzeba przyznać, ze mieli co robić po ciężkiej pracy w kopalni - kino i sala teatralna, biblioteka, sala gimnastyczna i siłownia, wygłuszona sala muzyczna i wspomniany wcześniej basen. Jesteśmy bardzo wdzięczni Saszy, który na koniec pokazał nam świetną drogę powrotna na jacht. Sprawdzamy jeszcze maile i smsy kolo budki telefonicznej, która wprawdzie nie działa, ale wyznacza m2 zasięgu sygnału komórkowego w tej okolicy i wracamy.

pyramida_zasieg

Wieczorem impreza, jutro znów wstaniemy trochę później.

4 września, piątek

Do Longyear dopływamy trochę po 13tej. Miasteczko wydaje się bardziej zatłoczone niż zwykle. Chwile zajmuje nam cumowanie, tankowanie, zdawanie broni i inne, niezbędne czynności. Kolo 8ej wieczorem w końcu jesteśmy gotowi do finalnej imprezy, która trwać będzie do rana. Jutro zdajemy jacht nowej załodze.

5 września, sobota

W południe przekazujemy jacht kolejnej ekipie i załatwiamy noclegi w hostelach. Po wczorajszej pożegnalnej imprezie większość jest ledwie przytomna, ale chyba zadowolona. W każdym razie dajemy radę. Część idzie nawet wieczorem do miasta na ostatni pubbing w Longyearbyen.

6 września, niedziela

Dziś wyjeżdżają pierwsze osoby. Żegnamy Pawła W, Wojtka, Kubę, Krzyśka i Radka. Yogi zniknął nam trochę z horyzontu.

Wraz z Kasią, Bożeną i Piotrkiem powłóczymy się jeszcze trochę po mieście. Zajrzymy do muzeum, sklepów z pamiątkami i galerii. Podejdziemy do psiarni, których jest tu kilka, a na sam koniec zajrzymy do protestanckiego kościółka stojącego na małym wzniesieniu, gdzie o północy Kasia zagra dla nas mini koncert na pianinie. To już ostatnia wisienka na torcie tego rejsu. Nie mogłoby być już lepiej.

kwiaty_longyear

w_psiarni

mis

7 września, poniedziałek

Rano opuszczają mnie Kasia, Bożena i Piotrek. Zostaję sama w hostelowym barze. Siedzę na zielonej, pluszowej kanapie otoczona ciepłym światłem lamp, słucham Johny’ego Cash’a wraz z 20 innymi osobami czekającymi na autobus, który zawiezie nas na lotnisko. Z okna widać olbrzymie góry częściowo pokryte śniegiem i tylko jedną, maleńką chatkę na zboczu.
Myślę, że bardzo łatwo zapaść na arktyczna chorobę i nie chcieć nigdy stąd wracać.

Copyright © Kasia Stefanow
Foto Copyright © Kasia Stefanow



ładuję komentarze...