Weekend w Ittoqqortoormiit

http://stryjski.net/weekend-w-ittoqqortoormiit/

Wizyta w najdalej na północ wysuniętej osadzie Grenlandii Wschodniej

ittoqqortoormiit

Żeglując nigdy nie można przyjąć, że dopłyniemy do jakiegoś miejsca w określonym czasie. Istnieje nawet przesąd by nie wpisywać portu docelowego do dziennika jachtowego. Starzy żeglarze mawiali płyniemy ‘w kierunku’, a nie ‘do’ określonego portu.

W czasie ostatniego etapu z Jan Mayen płynęliśmy w miarę szybko - w niespełna 3 dni pokonaliśmy 290 mil morskich. Jednak przez wcześniejsze opóźnienia byliśmy nieco w tyle względem pierwotnych planów. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze kilka dni rezerwowych, tak więc dotarcie do Grenlandii w sobotę, a nie w piątek jak początkowo planowaliśmy, nie stanowiło dużego problemu.

góra lodowa

Tak więc, gdy spostrzegliśmy pierwszą większą górę lodową, zboczyliśmy z kursu o pół mili by ja zobaczyć i okrążyć trzykrotnie. Oczywiście wszystkie zdjęcia musiały być wykonane bezbłędnie.
Gdy kilka mil później zobaczyliśmy wieloryby i zaczęliśmy za nimi płynąć przez następna godzinę, zamiast zmierzać wprost do naszego celu. W końcu jakie znaczenie o której dotrzemy.

W końcu dotarliśmy do Scoresbysund, dużej zatoki i systemu fiordów w Grenlandii Wschodniej. Przy wejściu wiatr niespodziewanie wzmógł się i nie byliśmy pewni, czy zatoka da nam wystarczająca ochronę. W pewnym momencie zastanawialiśmy się nawet, czy nie powinniśmy wpłynąć do pobliskiego fiordu i tam szukać schronienia. W końcu jednak wiatr zelżał i popłynęliśmy wprost do Ittoqqortoormiit.

Było wcześnie rano, ale czas nie znaczył dla nas zbyt wiele. W czasie lata arktycznego słońce świeci 24 godziny na dobę, więc zawsze trudno powiedzieć, czy to ranek, czy popołudnie. Poza tym życie na jachcie rządzi się własnymi prawami.
Nieważne czy to rano czy wieczór istotne, czy jest się na czy po wachcie.

ittoqqortoormiit

Ittoqqortoormiit - miejsce z wieloma domami - jak niektórzy tłumacza nazwę miejscowości było teraz dobrze widoczne. Z kilkunastu metrów wodziliśmy wszystkie jego kolorowe domki, ale nie dostrzegliśmy ani jednego z 450 mieszkańców.

Wywołaliśmy kapitana portu przez radio UKF uznając, że ktoś taki musi tam być. Osada nie ma prawdziwego portu, jedynie zatokę w której mogą kotwiczyć duże statki. Jest tam tylko pomost dla pontonów i motorówek, za mały dla jachtu. Była to jednak największa miejscowość w tej części Wschodniej Grenlandii. Wiedzieliśmy że Grenlandczycy nie lubią biurokracji. W kraju w którym żyje mniej niż 60 tysięcy ludzi wszystkie instytucje muszą być odpowiednio małe. Ale to był nasz port wejścia i po długiej żegludze należały nam się jakieś formalności.

ittoqqortoormiit port

W radiu panowała jednak cisza.

Nie było nam to na rękę. Gdyby ktoś z lokalna wiedzą o zatoce doradził nam lepsze miejsce do kotwiczenia byłoby to bardzo pomocne. Przed miejscowością woda była za głęboka dla nas. Ponadto dno było bardzo nierówne i prawdopodobnie skaliste. Po naszych przygodach na Jan Mayen wiedzieliśmy, że nasza kotwica tu nie chwyci. Miejsce wyglądało również na nieosłonięte. W tym momencie wiatr ucichł, ale pogoda mogła zmienić się w każdej chwili.
Locja sugerowała zatokę położoną mile na północ tam popłynęliśmy. Miejsce wyglądało zachęcająco. Dwa razy, wolno ją opłynęliśmy by sprawdzić głębokość, w końcu rzucić kotwicę na 8 metrach.

ittoqqortoormiit góry

Dotarliśmy do Grenlandii, ale wbrew swojej nazwie nie wyglądała ona zbyt zielono. W porównaniu z Jan Mayen, wyspą która jest na tej samej szerokości geograficznej, góry były tu bardzo kamieniste i pozbawione roślinności. Był sierpień, a na północnym zboczu w dolince wciąż zalegały zwały śniegu. Zimny prąd morski płynący wzdłuż wybrzeża Grenlandii z bieguna północnego kształtował nie tylko klimat wyspy, ale także jej teren.

Dopiero tu, poza miejscowością, w końcu zauważyliśmy pierwszych mieszkańców. Rybak w małej łódeczce pływał między bojkami przy plaży i poprawiał swoje sieci. Ktoś przejechał szybko na kładzie kamienistą drogą prowadzącą donikąd i zaraz potem szybko wrócił. Grupa ludzi spacerowała po plaży.
Czas zwodować nasz ponton i poznać ich.

Trzy kobiety zatrzymały się i zaczekały aż zabezpieczymy nasz bączek. Powitały nas i zadały zwyczajowe pytania: skąd jesteśmy, gdzie mieszkamy, jak żegluga itp. Usłyszawszy, że nie mamy ze sobą broni postanowiły eskortować nas do wioski. Mówiły, że i tak właśnie planowały wracać.
Powiedziały, że trzy dni wcześniej niedźwiedź polarny był zauważony we wsi. Innym razem ktoś został zaatakowany przez niedźwiedzia na drodze którą właśnie szliśmy.
To potwierdziło to co już wiedzieliśmy - nie powinniśmy nigdzie chodzić bez broni.

Wszystkie trzy kobiety pracowały w lokalnej przychodni. Najmłodsza z nich, niosąca karabin, przyjechała tutaj z Danii na kilka letnich miesięcy. Inna zwykle pracowała w szpitalu w stolicy Grenlanddi, Nuuk i przyjechała zaledwie na kilka tygodni. Najstarsza z nich mieszkała w Ittoqqortoormiit większość swojego życia. To ona była najbardziej podekscytowana wizytą polskiego jachtu. Jakiś czas temu, gdy studiowała w Danii, na krótko odwiedziła nasz kraj.

puste ittoqqortoormiit

Od nich dowiedzieliśmy się dlaczego miejsce wygląda na opuszczone. Poprzedniej nocy odbyła się tu duża impreza rodzinna, a ponieważ wszyscy są ze sobą spokrewnieni wzięła w niej udział połowa osady. Był to także dzień wypłaty, więc zabawa trwała do rana. Inni mieszkańcy, którzy wolą spędzać weekend w ciszy i spokoju, wyjechali na polowanie.

Wyjeżdżając z Anglii zaaranżowaliśmy wypożyczenie broni na miejscu. W Arktyce każdy jest zobowiązany do noszenia broni by chronić się przed atakiem niedźwiedzi polarnych. Jednak przepisy i regulacje na lotniska powodują, że podróżowanie z własna bronią jest utrudnione. Lokalne biuro podróży z którym wymieniliśmy maila przed wyjazdem potwierdziło, że nie będzie problemy z wypożyczeniem broni od nich. Powinni spodziewać się naszego przyjazdu już od wczoraj.
Pielęgniarka dała nam prywatny numer telefonu komórkowego dziewczyny tam pracującej i wskazówki jak znaleźć biuro.

Zadzwoniliśmy od razu.
Znów cisza. Nikt nie odbiera telefonu.
Miejmy nadzieję, że tylko odsypiają imprezę.

ittoqqortoormiit

Znalezienie broni było ważne, ale były też inne nieciepiące zwłoki sprawy do załatwienia. Na pokładzie jachtu mieliśmy ścisłą reglamentację wody.
Tysiąc litrów wydaje się dużą ilością, ale wcale tak nie jest dla 10 osób na 3 tygodnie. Istnieją sposoby by utrzymać higienę osobistą bez wody z suchymi szamponami itp., jednak nic nie zastąpi prawdziwego prysznica.
Szukając biura podróży pytaliśmy również o miejsca, gdzie można by się wykąpać.

Pytanie o drogę i pomoc mieszkańców, okazało się to nad wyraz trudne. Grupa nastolatków była jeszcze w nastroju imprezowym i zaoferowała nam piwo. Inni najwidoczniej mieli silny ból głowy i za wszelka cenę unikali kontaktu z turystami. Jedna czy dwie osoby miały tak mocno zachwiany zmysł równowagi, że pytanie ich o drogę nie miało najmniejszego sensu.
Największe nadzieje łączyliśmy ze starszym panem, który zatrzymał się i nas pozdrowił. Niestety nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka. My nie mówiliśmy po Inuicku lub Duńsku, on po Angielsku.
Było mnóstwo dzieci, ale z jakiegoś powodu wszystkie bawiły się same, bez opieki dorosłych.

ittoqqortoormiit plac zabaw

Grupa dwu Europejczyków i jeden Inuk znacząco wyróżniała się na tle tych, których dotąd spotkaliśmy. Byli zdecydowanie trzeźwi i skorzy do rozmowy z nami. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że dwu Duńczyków chyba pracowników społecznych i przez tydzień towarzyszą trzeciemu mężczyźnie w trakcie jego odwiedzin rodzinnej wioski. Nie dopytywaliśmy o szczegóły, ale na pewno kryła się za tym wszystkim niezbyt radosna historia.

Mężczyźni okazali się nad wyraz pomocni. Po pierwsze pozwolili nam wszystkim wziąć prysznic w B&B w którym mieszkali. Miejscowy mężczyzna znał również kogoś kto może pomóc nam odnaleźć krewnych dziewczyny z biura podróży.
Wkrótce pytaliśmy już o nią w małym sklepiku stojącym zaledwie kilkaset metrów dalej. Starsza kobieta zadzwoniła ze swojej komórki do kogoś, tam gdzie mieszkała dziewczyna. Niestety nie było jej w domu. Wyjechała wraz z ojcem polować w głąb fiordu i nie wróci aż do poniedziałku.

ittoqqortoormiit port

To był poważny cios w naszych poszukiwaniach. W desperacji poszliśmy na lokalny posterunek policji. Oczywiście był już zamknięty - w końcu był weekend - ale ktoś tam powinien być.
Pomysł, że policja pomoże nam w znalezieniu broni nie wyglądał
na tak szalony, jak by to mogło być odebrane w Europie.

Zapukaliśmy kilka razy i w końcu drzwi otworzył duński policjant. Jego roczny kontrakt w Ittoqqortoormiit wkrótce dobiegał końca. Nie przyznał tego, ale chyba nie był to najszczęśliwszy rok w jego życiu. Nie potrafił natomiast ukryć rozczarowania lokalna społecznością, a zwłaszcza ich stosunkiem do pracy i interesów.

  • Powinniście złożyć skargę. Powinni zaczekać.
  • Tak nie powinno się prowadzić informacji turystycznej!

Policjant próbował zadzwonić do innych osób, które mogły mieć klucze do budynku, ale wkrótce nasze nadzieje okazały się płonne. Wyglądało na to, że myśliwi zabrali klucze ze sobą, albo nikt nie wiedział gdzie mogą być.

Spytaliśmy co możemy zrobić w takiej sytuacji. Policjant potwierdził, że nie powinniśmy nigdzie chodzić nieuzbrojeni.

Zasugerował by pożyczyć broń od lokalnych myśliwych. Z niedowierzaniem spytaliśmy czy byłoby to legalne. Zawahał się przez chwilę i w końcu powiedział:

  • Spytajcie. Ktoś pożyczy.
    Nie uważaliśmy, że należy naciskać i prosić o dokładniejszą poradę prawną w tej kwestii.

Jednak łatwiej było powiedzieć by znaleźć myśliwych, niż to zrobić. W końcu większość z nich wyjechała już na weekendowe polowanie. Chodząc po osadzie natrafiliśmy na kobietę, która spacerowała ze swoim starym schorowanym psem. Był to tutaj raczej niespotykany widok, gdyż większość psów żyła na obrzeżach osady, wprost na śniegu. Jakoś nie spostrzegliśmy wśród nich takich, które wyglądałyby na stare.

ittoqqortoormiit psy

Kobieta była kanadyjką i pracowała jako nauczycielka w lokalnej szkole. To tłumaczyło jej niespotykane tutaj podejście do zwierząt domowych. Powiedziała, że nie ma broni, mając prawdopodobnie na myśli drugiego karabinu. Przecież tutaj nawet pielęgniarki chodziły uzbrojone. Z drugiej strony mogła być jedną z nielicznych osób na Grenlandii, które nie posiadały własnej broni. W przeciwieństwie do nas, sama jednak podjęła taką decyzję.
Powiedziała że nie zna dobrze lokalnego dialektu inuickiego, więc niestety nie ma bliskich kontaktów z mieszkańcami wioski. Doradziła by spytać jej sąsiada, ale nie było go w domu.

Rozczarowani wróciliśmy na jacht na którym pozostała połowa załogi. Trzymali wachtę kotwiczną. Musieliśmy ich zmienić i dać im szansę wziąć prysznic.
Może będą mieli więcej szczęścia od nas wieczorem.

Wkrótce po tym jak wylądowali na plaży wywołali nas przez radio.
Spotkali myśliwych!

ittoqqortoormiit jacht JoinUs

Okazało się, że zatoka w której staliśmy, była nie tylko oficjalnym kotwicowiskiem, ale także terenem łowieckim na foki. Nasz jacht stał na linii strzału i poprosili byśmy przesunęli się kilkaset metrów dalej.
Nie stanowiło to dla nas problemu. Może pożyczyliby nam broń, tak byśmy mogli odpłynąć na dobre i eksplorować pozostałe części Scoresbysund.

Spotykając właściwych ludzi - myśliwych którzy nie wyjechali przed imprezą

  • wiedzieliśmy, że mamy dodatkowy argument przetargowy. Duńczycy powiedzieli nam, że na Grenlandii nie sprzedaje się mocnego alkoholu. Litrowa butelka whiskey była tu warta sto euro i wiele można było za nią załatwić.
    Na pokładzie mieliśmy zasoby warte kilkaset euro!

Interes został dobity bardzo szybko. Myśliwi zawieźli naszych przyjaciół na pace pickupa do osady. Wkrótce wszyscy wrócili razem z bronią. Dostaliśmy amunicje bojową przeciwko niedźwiedzią, ale także naboje ćwiczebne, które myśliwi używali do polowania na mniejsza zwierzynę.
Karabin okazał się Mauserem z 1917 roku. Myśliwy prosił byśmy należycie się nim zaopiekowali, gdyż była to jego pierwsza broń, którą dostał gdy miał 11 lat. Karabin był stary, ale w dobrej kondycji. Ten sam model i tylko nieznacznie starszy od tego, który wcześniej wypożyczaliśmy na Svalbardzie.

Wkrótce potem podnieśliśmy kotwicę.
Pora eksplorować resztę fiordu!

ittoqqortoormiit kwiaty

Relacja z części wyprawy jachtem ‘JoinUs’ ze Svalbardu do Jan Mayen, Grenlandii i Islandii w sierpniu 2016.
Jeśli tekst się Wam spodobał kliknijcie proszę w małe serduszko na angielskiej wersji tego artykułu.



ładuję komentarze...